RSS

Archiwa miesięczne: Maj 2010

Michael Bublé – Michael Bublé

Słów kilka od Ann: Znów mam przyjemność zamieścić recenzje eevee 🙂 Dziś jednak z braku wolnego czasu nie moge zaprezentować nic więcej. Tym bardziej polecam uważne przeczytanie tekstu poniżej, warto 🙂

01. Fever
02. Moondance
03. Kissing a fool
04. For once in my life
05. How can you mend a broken heart
06. Summer wind
07. You’ll never find another love like mine
08. Crazy Little thing called love
09. Put your head on my shoulder
10. Sway
11. The way you look tonight
12. Come fly with me
13. That’s all

Z natury jestem romantyczką. Tak mi się wydaję. Wprawdzie czasem ten mój romantyzm bywa cyniczny. Cóż, w końcu ktoś mądry powiedział, że „cynizm jest udaną próbą zobaczenia świata, jakim on jest w rzeczywistości”. Ale nie o cynizmie chciałam tu mówić, a o muzyce.

Na pewno każdy ma swoje piosenki, które wprawiają go w określony nastrój, albo przywodzą na myśl jakieś skojarzenia. Ja właśnie słucham Michaela Buble. Stąd ten wpis. W moim umyśle otworzyła się jakaś skrzynia z napisem „powrót do przeszłości” (której tak naprawdę nigdy na własnej skórze nie poznałam). Kiedy go słucham, mam wrażenie, że nie pasuje do tych czasów, w których się znalazłam. Wolałabym chyba nosić piękne suknie, jeździć na dancingi starymi samochodami i jeszcze żeby mężczyzna otwierał szarmancko przede mną drzwi i podawał mi rękę, kiedy będę wysiadać…

Tak wiem, mogę sobie tylko pomarzyć. Ale to wszystko przez tą muzykę. Po prostu, kiedy Michael śpiewa te stare piosenki swoim miękkim głosem… to aż widzę tą przyciemnioną salę, jego w eleganckim garniturze trzymającym taki starodawny mikrofon z wlokącym się za nim kablem i te kilka par, które na parkiecie tańczą w rytm eleganckiego walca angielskiego. Ah i oh… 🙂
I nie mówię tu tylko o sztandarowym utworze Buble „Sway”, (który jak dla mnie brzmi jeszcze lepiej niż oryginał Deana Martina) bo chociaż ten zawsze przyprawia mnie o chęć wstania, gdziekolwiek bym nie była i ruszenia do tańca. Ale posłuchajmy chociażby coveru piosenki Paula AnkiPut your head on my shoulder”. Aż chciałoby się mieć kogoś obok, żeby wypełnić prośbę zawartą w tytule. Cóż, chyba jeśli miałabym kiedyś zająć się organizacją romantycznych schadzek, to tło pewnie stanowiłby głos Michaela.

Bardzo lubię, po pierwsze samą barwę głosu Buble’a, po drugie to jego „ślizganie się” głosem po dźwiękach, jeśli można to tak nazwać, te swobodne wędrówki po dźwiękach, bez gwałtownych skoków. Michael w swoim smooth-jazzowym klimacie staje się pomostem między epoką Franka Sinatry, Deana Martina i innych dżentelmenów, a światem, w którym niestety o kobiecie śpiewa się często już nie „Lady in red” a „hey, sexy bitch”. Na szczęście (podobno) są jeszcze mężczyźni, którzy wstają od stołu, kiedy wstaje kobieta, którzy przepuszczają je w drzwiach i zachowują te wszystkie inne staroświeckie zasady. Buble idealnie pasuje do tego eleganckiego savoir-vivre’u.

Muzyka na długie, ciemne wieczory, lub krótkie letnie noce (rozświetlone blaskiem księżyca – taka mała aluzja do „Moondance” ;P). Do słuchania solo w celu pomarzenia, albo w duecie – w tym samym celu. W końcu kto powiedział, że nie można marzyć we dwoje;)

So…
When marimba rythms start to play
Dance with me
Sway with me…

eevee

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 28/05/2010 w * Przesłuchane

 

Tagi:

Helena Bonham Carter

Helena oczarowała mnie po raz pierwszy, kiedy obejrzałam Room with a view. Grając tam miała bodajże osiemnaście lat i wyglądała niczym angielska laleczka z porcelany. Okrągła buzia, wielkie oczka, uroda aniołka. Patrząc na to jak z wiekiem rozwinęła się jej kariera można także zauważyć zmiany, jakie zaszły w niej samej. W wywiadach mówi, iż była znudzona wizerunkiem słodkiej dziewczynki, ale czy to przeszkadza w dbaniu o siebie? Nie powiem, że rozumiem jej postępowanie, bo jest niezaprzeczalnie piękną kobietą, ale zwyczajnie nie przykłada do tego większej wagi. Uwielbiam ją jako aktorkę i musze przyznać, że tworzy wraz z Timem Burtonem dość niesamowitą parę 😉 Zdarzają się też filmowe perełki, w których wygląda po prostu pięknie i aż chce się westchnąć nad tym, że nie stara się tak wyglądać poza planem filmowym. Ale cóż.. jej wybór. Ja wyszukałam specjalnie zdjęcia, które pokazują, że kiedy chce to potrafi 😉 Plus, sesja stylizowana na Alicję jest po prostu fenomenalna 🙂

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 26/05/2010 w * Uchwycone

 

Duffy – Rockferry

Słów kilka od Ann: Dziś przekazuje klawiaturę mojej drogiej kuzynce, która przedstawia głos niewiele młodszego, ale mniej cynicznego pokolenia 😉 Nasze gusta muzyczne niewiele się różnią i w pełni zgadzam się z tym, co poleca 🙂 Dlatego też mam nadzieje, że da się namówić na więcej opisów, trzymajmy kciuki 😉

01. Rockferry
02. Warwick Avenue
03. Serious
04. Stepping Stone
05. Syrup & Honey
06. Hanging On Too Long
07. Mercy
08. Delayed Devotion
09. I’m Scared
10. Distant Dreamer

Podciągam już rękawy i zacieram dłonie, żeby zadebiutować jako krytyk muzyczny;)

Na pierwszy ogień chciałabym podzielić się wrażeniami po przesłuchaniu płyty „Rockferry” Duffy. Wiele osób zapewne kojarzy ją z radiowym hitem „Mercy”. Właściwie nie wiem, co skłoniło mnie do przesłuchania całej płyty, bo samo „Mercy” (przy którym świetnie bawiłam się na studniówce – ale to raczej kwestia towarzystwa, nie oprawy muzycznej) na początku wcale mnie nie porwało. Na szczęście miałam wyczucie. Płyta jest według mnie ciepła i sympatyczna, mimo że teksty są raczej nostalgiczne i melancholijne. Jednak retro klimat i charakterystyczny głos Duffy (choć komuś może kojarzyć się ze skrzeczeniem żaby, tudzież nienaoliwionymi drzwiami) sprawia, że nie potrafię się nie uśmiechać słuchając „Rockferry
Słowa z pierwszej tytułowej piosenki mogą stanowić posumowanie dla całego albumu:

There’s no sleep on the journey
away from time
A bag of songs and a heavy heart
won’t make me down

Bardziej nostalgiczny nastrój wprowadza piosenka „Stepping Stone” – niespełniona i nieujawniona miłość w tekście okraszona melancholijnymi dźwiękami. Cóż, miłość to temat rzeka – baaa, a nawet całe morze i ocean, albo jeszcze więcej. Mogę dodać, że ponoć tekst piosenki jest autobiograficzny.
Najbardziej znany singiel „Mercy” wyróżnia się na tle całej płyty – jest najbardziej energetyczny i tak naprawdę – dla mnie – jest to jedna z takich piosenek, które się zaczyna doceniać dopiero od któregoś odsłuchania. Potem mamy gwarantowany stan „muzycznego przylepca”.

Mercy, why won’t you realise me?
I’m begging you for mercy
why won’t you release me?

Zdecydowanie moją ulubioną piosenką na całej płycie jest zamykający ją utwór „Distant Dreamer”. Za każdym razem, kiedy pojawia się ona na mojej playliście, z uporem maniaka ją zapętlam. Nie wiem, co wprowadza mnie w taki nastrój – swego rodzaju podniosłości, kiedy to słyszę. Może to, że w utworze pojawia się cała gama instrumentów muzycznych – słychać tam skrzypce, saksofon… Głos Duffy jest już tu bardziej delikatny – zresztą jak inaczej można śpiewać o marzeniach?

I’m thinking about,
all the things,
I’d like to do in my life.

I’m a dreamer,
a distant dreamer,
dreaming for hope, from today.

Ta ostatnia piosenka przynosi nadzieję – nie da się ukryć. Na całej płycie gości raczej klimat niespełnionej miłości, samotności. Mimo to, jest w tym czar, jakieś ciepło, które nie pozwala się nie uśmiechnąć przy słuchaniu jej. Bo jak tu się nie uśmiechnąć przy słowach:

Don’t you be wastin’ all your money
on syrup and honey because I’m sweet enough

Wprawdzie głos Duffy nie każdemu pewnie przypadł/przypadnie do gustu, bo jest dość specyficzny. Niektórych może drażnić ten powtarzający się motyw miłosnych rozczarowań, rozstania, próśb o zostanie… a mnie tam się podoba 😉

Jako ciekawostkę mogę dorzucić, że po utwór młodej Walijskiej wokalistki sięgnęła nawet Britney Spears. Nie pałam do tej pani specjalną sympatią i nie słyszałam jej wykonania piosenki „I’m scared”, ale po przeczytaniu tej informacji, chyba nastał czas na przekopanie Internetu, celem znalezienia tego nagrania.

Jak już wiadomo w połowie tego roku ma pojawić się druga płyta Duffy ponoć utrzymana w stylistyce lat 60-tych. Czekam więc na nią z niecierpliwością, z nadzieją, że się nie zawiodę.

eevee

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 26/05/2010 w * Przesłuchane

 

Tagi:

Anne Rice – Blood Canticle

Diagnoza: Chciałabym móc powiedzieć, że ostatnia część Kronik sprawiła, że poczułam żal, iż historia Lestata i innych dobiegła końca. Chciałabym, ale nie mogę… Patrząc po tym jak powoli z książki na książkę autorce zaczynały albo kończyć się pomysły, albo po prostu nudzić ten temat, można dojść jedynie do wniosku, iż dobrze, że zakończyła serie w 10 książkach. Lestat od czasu Diabła… nie był już tym samym Lestatem. Wszak doświadczył rzeczy, o których nie śniło się filozofom 😉 I choć bez wątpienia Krwawy Kantyk ma chyba na celu przywrócenie mu dawnego blasku, nie udaje mu się tego osiągnąć. Historia kontynuuje zdarzenia z Farmy Blackwood. Mona uległa przemianie i wszystko w wampirzym świecie jest dla niej nowe i niesamowite. Jednak jej głównym celem staje się odnalezienie odebranej jej za życia córki. Morrigan z tajemniczej rasy Taltos. W tym celu muszą udać się po pomoc do Rowan Mayfair która wywołuje piorunujące wrażenie na Lestacie… Chciałabym powiedzieć, że akcja się rozwija i robi się ciekawie, ale cóż… Jest jak jest. Przeczytać można, bo w sumie to książka nie nudzi. Jedynie odczuwa się zawód, jeśli czytało się całą serie i oczekiwało jakiegoś bardziej spektakularnego zakończenia. Mam też wrażenie, że gdybym przeczytała serie „Dzieje czarownic z rodu Mayfair” być może wiedziałabym więcej o Taltos i nabrałoby to większego sensu. Tu jednak mam wrażenie, że książka za bardzo skupia się na temacie Taltos i przez to cała reszta jest płytka i krótka. A koniec co najmniej rozczarowujący.
Plus: Paradoksalnie za plus uważam tematykę Taltos. Gdyby książka była poświęcona wyłącznie temu, byłaby o wiele lepsza. Przyznam, że nawet miałam chęć sięgnąć po serie o czarownicach, ale mimo wszystko dam sobie trochę czasu.. Dziewięć książek Anne Rice pod rząd to wystarczająca liczba 😉
Ocena: 2/5

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26/05/2010 w * Przeczytane

 

Tagi: , ,

Anne Rice – Blackwood Farm

Diagnoza: Przyznam, że czytałam tą książkę lekko już zmęczona Kronikami Wampirów i do tego przeziębiona, co mogło znacznie wpłynąć na mój odbiór. Po dość specyficznym stylu, jaki przyjęła pani Rice w poprzednich książkach ciężko było mi z początku przestawić się na to, co zaprezentowała poprzez tę książkę. Posiadłość Blackwood jest historią Tarquina Blackwood, młodziutkiego wampira, który udaje się do Lestata z prośbą o pomoc. Staje się to okazją do opowieści o jego życiu (jak to już pani Rice ma w zwyczaju) i to nie byle opowieści, bo rozpoczynającej się od jego narodzin. Takie coś nie miało miejsca w poprzednich książkach. Mimo wszystko zawsze przeważał wątek wampiryzmu. Nawet w Merric, która teoretycznie też przez większą część skupiona była na życiu śmiertelnym, było tego wampiryzmu więcej. Ta książka wydała mi się inna przez ten ludzki czynnik. Fakt, mamy tu zjawisko duchów i wielkich czarowników z rodu Mayfair. Nie przeczę, że jest też wątek wampiryczny.. Jednak ciężko było mi nie odnieść wrażenia, iż postać Tarquina była ukłonem w stronę syna autorki, który również miał problemy natury preferencyjnej. Pani Rice ma talent to zanudzenia mnie na amen początkiem i wciągnięcia bez reszty w połowie książki. Zaczęłam się do tego powoli przyzwyczajać, że potrzeba czasu i stron, aby polubić jej książkę. Nie powiem, że była to książka zła gdyż bez wątpienia był to powiem nowości. Tarquin wszak nie jest starym wyjadaczem, koneserem sztuki.. jest młody, jest dzieciakiem.. odbiera świat całkiem inaczej niż poprzedni bohaterowie kronik. Jego historia czasem nudzi, czasem porywa na godziny. Koniec jednak zawodzi.. nie chciałabym tu zdradzać, co dzieje się na końcu, dlatego też powiem jedynie, iż odniosłam wrażenie jakby autorce zabrakło czasu, stron, energii..? czegoś jej wszak zabrakło skoro to, co wydawałoby się najważniejsze opisała na zaledwie paru stronach i potraktowała tak po macoszemu, że można by pomyśleć, że czekało się tyle czasu na darmo.
Plus: Spodobała mi się postać Tarquina. Jest taki lekki w odbiorze.. nie ma swoich dziwactw jak cała reszta 😉 Choć ma też i swoje mroczny strony (np. Monę która jako postać zupełnie mi się tam nie podoba.. jakaś stuknięta nimfomanka i nic poza tym..) przedstawia głównie dobre strony człowieczeństwa 😉 Przyznam, że w pewnym momencie musiałam sobie rozrysować drzewko rodu Blackwood bo wszystko to było z lekka skomplikowane ;P Mimo to był to wyjątkowo udany temat, choć należy zaznaczyć – dość smutny, jeśli nie tragiczny. Gdyby nie koniec, uznałabym tą książkę za jedną z lepszych w bibliografii pani Rice. Choć zaznaczam, że jest wyjątkowo niewstrzelona w temat wampiryzmu 😉
Cytat: „A książki… to źródło nadziei, wszechświaty otwierające się między okładkami: wpadając w nie, jesteśmy uratowani.”
Ocena: 3/5

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26/05/2010 w * Przeczytane

 

Tagi: , ,

Anne Rice – Blood and Gold

Diagnoza: Tym razem mamy przed sobą historię Mariusa. Jest to chyba najciekawszy ze Starszych wampirów. Zarówno ze względu na to, iż urodził się w starożytnym Rzymie, jak i przez swoją rolę, jaką odegrał w ochronie Tych Których Należy Strzec. Dwa tysiące lat jego historii powinno nas porwać bez reszty. Wszakże przeżył on najpiękniejszy okres rozkwitu cywilizacji i kultury a następnie najmroczniejsze dzieje naszej planety – średniowiecze. Cała reszta opowiada już we wcześniejszych książkach jest zaledwie uzupełnieniem historii, ale wyjaśnia pewne sprawy, o których nie było wiadomo od początku. Marius kroczy poprzez wieki w poszukiwaniu swej ukochanej Pandory. Tysiąc lat oczekiwań.. Czy miłość nie jest potężna? Jednak historia wcale mnie nie wciągnęła, nie oczarowała. Była raczej nudnawa, ospała, bez wyrazu. Mniej więcej w połowie wszystko się rozkręciło, ale tylko po to by popsuć całość bezsensowną końcówką. Spodziewałam się po tej książce więcej i może, dlatego tak bolesny był jej upadek. Marius zawsze wydawał mi się postacią rozsądną, mądrą.. Tymczasem na kartkach tej książki jawi się w zupełnie innych barwach. Jest niezdecydowany, porywczy i momentami zwyczajnie głupi. Ja wiem, nie każdy jest doskonały i niektórzy w oczach innych wyglądają lepiej niż we własnych, ale dajcie spokój.. Trochę konsekwencji! Jeśli tworzy się postać, która ma być wyniosła to niech na boga taka pozostanie.. W Blood and Gold Marius zdaje się być zagubionym nastolatkiem, który sam nie wie co powinien począć ze swoim istnieniem poza tym że nie chce go tak po prostu zakończyć.
Plus: Przyznam, że wątek krzyża, jaki przyjął na swoje barki Marius jest wprost fascynujący. Gdyby powierzono nam pod opiekę bóstwo, o którym nie mamy pojęcia czy nas słyszy, widzi, czy je obchodzimy.. Gdyby oddano nam pod opiekę Boga.. co byśmy z nim zrobili? Czy mielibyśmy siłę by sprostać wierze nawet, jeśli on nie dawałby nam nic w zamian? To bardzo ciekawy temat i cieszę się, że pani Rice go rozwinęła. Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o całej reszcie.. Być może moje wymagania, co do Mariusa były zbyt wielkie, mimo to czegoś tej książce brak, po prostu.
Ocena: 2/5

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26/05/2010 w * Przeczytane

 

Tagi: , ,

Anne Rice – Merrick

Diagnoza: Tematyka voodoo nigdy nie wydawała mi się na tyle interesująca by sięgnąć po książkę o niej traktującą. Dlatego też miałam nieznaczne obiekcje zaczynając czytać Merrick. Na szczęście z biegiem treści moje obawy rozwiały się i miło spędziłam czas. sama postać Merrick jest wyjątkowo interesująca i wprowadza pewnego rodzaju powiem nowości do wampirzych kronik. Znów mamy okazję poznać jedną z podopiecznych / uczennic Talamaski, tyle że tym razem jej wielkość zdaje się przyćmiewać wszelkie inne postaci. Sama treść jest dość prosta. Ot David i Luis, którzy to bardzo się zżyli od przemiany Davida, wpadają na jakże karkołomny pomysł przywołania ducha Claudii. W tym celu David nawiązuje kontakt ze swą dawną (niespełnioną) miłością Merrick. Co staje się okazją do opowiedzenia jej historii. Musze przyznać, że ksiązka ta wyjątkowo mnie wciągnęła. Była zaskakująco lekka w przeciwieństwie do jej poprzedniczek. Zabrakło w niej użalania się i przemyśleń na temat sensu istnienia i tego cóż się z nami dzieje po tym istnieniu 😉 Z czego bardzo się cieszę, bo co za dużo to niezdrowo. W pewnym sensie jest ot na tyle odrębna historia, że nie trzeba znać poprzednich tomów by po nią sięgnąć.
Plus: Szczególnie spodobała mi się narracja Davida. Jest o wiele bardziej ludzka niż narracja Lestata. Nie to żebym nie lubiła jego narracji, ale… Czytelnik jest śmiertelnikiem i czasem ma ochotę zobaczyć to z nieco bardziej „ludzkiego” punktu widzenia. Bez epitaficznych doznań 😉
Ocena: 4/5

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26/05/2010 w * Przeczytane

 

Tagi: ,