RSS

Archiwum kategorii: – Akcja

Red (2010)

Powód: Obsada, chociaż głównie Bruce Willis.
Opis: Bycie emerytowanym agentem specjalnym CIA bywa ciężkostrawne. Kiedy już wyszkolą takiego na niezniszczalnego i wiedzącego o największych narodowych spiskach, staje się potencjalnym kandydatem do likwidacji. Grupa przyjaciół odbywająca swój jakże zasłużony emerytalny odpoczynek, zostaje wrobiona w zamach, przez co stają przed jedyną możliwą opcją reaktywacji starego zespołu by z wzajemną pomocą ujść z życiem. Chcąc dotrzeć do prawdy podejmują się karkołomnej misji możliwej do wykonania jedynie dla najlepszych z najlepszych.
Diagnoza: Pamiętam, iż był to początek naszego związku, kiedy to mój mężczyzna chciał wybrać się do kina na Piranie 3D. O gustach się nie dyskutuje i przyznam, że też byłam ciekawa tego filmu a może raczej chciałam się trochę poprzytulać w momencie strachu 😉 Jednakże będąc w kinie uznaliśmy, że pójdziemy na coś innego, nie zupełnie pamiętam, dlaczego. Ja w ramach wypowiadania swojego zdania rzuciłam, iż chętnie poszłabym na film z Brucem a że taki właśnie leciał to na niego poszliśmy. Nie mogę powiedzieć, że były to stracone pieniądze, bo nie było aż tak tragicznie, ale biorąc pod uwagę tak dobrą obsadę dziwi mnie doprawdy niski poziom tego filmu. Owszem, zaśmiałam się kilka razy nie ukrywam. Sam pomysł też niczego sobie i co tu dużo mówić gra aktorska bardzo dobra. Jednakże nie ratuje całości i to najbardziej smuci. Momentami było nudno, pamiętam, że nawet miałam kryzys, kiedy to już prawie usypiałam na ramieniu mojego mężczyzny. Generalnie nie żałuje, że wybraliśmy się na to, jeśli alternatywą była Pirania 3D. Niestety ciężko jest mi ten film polecić potencjalnemu widzowi. Dlatego też ujmę to dyplomatycznie i powiem, że jeśli jesteście fanami kogoś z obsady, a jest to obsada z najwyższej półki (Bruce Willis, Morgan Freeman, John Malkovich i Helen Mirren), obejrzyjcie od tak żeby czymś wypełnić czas. Jeśli zaś oczekujecie czegoś wyjątkowo wybitnego i śmiesznego, zwyczajnie omińcie tą pozycje. Ja osobiście płakałam ze śmiechu przy akcji z pluszową świnką 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 08/03/2011 w + Obejrzane, - Akcja, - Komedia

 

Tagi:

Reign of Fire (2002)

Powód: Gerard Butler i tak, wiem, że gra tam łącznie z pięć minut 😉
Opis: Podczas robót podziemnych w Londynie ekipa natrafia na zahibernowanego od ponad dwóch tysięcy lat smoka. Wyzwolony niszczy wszystko, co staje na jego drodze pozostawiając po sobie jedynie zgliszcza. Po dwudziestu latach gatunek ludzki jest na granicy wymarcia. Smoki rozprzestrzeniły się po całym świecie a próby pozbycia się ich przy pomocy nowoczesnych technologii i bomb doprowadziły świat do ruiny zmuszając ludzi do życia w ukryciu. Grupa niedobitków zdaje sobie sprawę, iż najprawdopodobniej przyjdzie im umrzeć śmiercią głodową, kiedy ich ostatnie plony stają w płomieniach. Pewnego dnia przed bramami ich kryjówki stają czołgi a dowodzący Amerykanin oznajmia, iż ma niezwykle ambitny plan pozbycia się smoków, w którym nie ma miejsca na pomyłki.
Diagnoza: Jest to przykład filmu, w którym dobre aktorstwo obsady ratuje tyłek reżysera. Fabuła ciekawa, aktorstwo dobre, film.. kiepski. Sam pomysł dość intrygujący tylko, czemu och, czemu go tak spartaczyli? Gdyby zabrać z tego filmu Matthew McConaugheya byłby nędzną opowiastką o dobrych efektach specjalnych i niezbyt górnolotnych dialogach. Do tego jeden samiec? Poważnie? Jaki gatunek jest aż tak głupi by polegać na jednym samcu? No ale nie demonizujmy, film nie był aż tak tragiczny jak to może zabrzmieć. Mniej więcej do połowy byłam silnie zainteresowana rozwinięciem sytuacji, choć to, co się rozgrywało na ekranie było dość płytkie. Liczyłam jednak, że wraz z rozwojem akcji sytuacja ta ulegnie poprawie. No cóż, nie uległa. Niektóre dialogi to wręcz zwalały z nóg i aż się płakać chciało, że ci, którzy pracowali nad tym filmem kompletnie go nie przemyśleli. Ot mieli dobry pomysł a realizacje pozostawili ślepemu losowi. Dobry pomysł i Matthew McConaughey całości nie wybronią, ale mimo wszystko nie był to taki znowuż najgorszy film. Dla fanatyków smoczych klimatów smaczkiem są tu świetnie wygenerowane komputerowo smoki. Choć w kinie pewnie bym zasnęła zanim doszłoby do sceny lotu, ale efekt dużego ekranu musiał być niesamowity 😉 Gdyby producenci filmu nieco się postarali i dodali jakieś bardziej obrazowe zdjęcia zniszczonego świata też byłoby lepiej a już na pewno ciekawiej. Grę aktorską naszej Izy Scorupco pozostawi nie skomentowaną gdyż czułam silne brzemię wstydu za jej dwie miny, którymi operowała w całym filmie. Czytając recenzje, której autor stwierdził, iż starano się w tym filmie osiągnąć powagę, kiwałam potakująco głową. Jeśli film miał być poważny to należało pominąć nieco pompatyczne wypowiedzi, co niektórych i postarać się o większą grozę. Tragiczny płacz McConaugheya z lekka mnie bulwersował, bo wyglądało to tak jakby przeżywał jakąś straszną tragedie a nie stracił jednego ze swoich ludzi (nie oszukujmy się, podczas wojny nie rozpacza się za każdą poszczególną jednostką). Dlaczego więc bronie ten film? Bo nie czuje żebym zmarnowała czas. Owszem nie był górnolotny i brakowało w nim jakiegokolwiek humoru (jeśli nie liczyć teatrzyku Gwiezdnych Wojen dla dzieci :D), powaga była wymuszona i nieprzekonywująca, ale dotrwałam do końca ciekawa czy zrobią to tak jak domyślam się, że zrobią 😉 Ciężko powiedzieć czy polecam.. raczej jako zapchanie wolnego czasu 😉

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 15/08/2010 w + Obejrzane, - Akcja, - Fantasy, - Thriller

 

Tagi: ,

Go West: A Lucky Luke Adventure (2007)

Powód: Kupiłam dvd bratu na urodziny, bo zawsze był wielkim fanem Lucky Luke’a i uznałam, że może ja też obejrzę skoro już ma się ten oryginał 😉
Diagnoza: Daltonowie znów na wolności. Jak wiadomo póki Dalton żyw jego jedynym zajęciem jest napadanie na banki. I sprawa byłabym bardzo prosta, jest ich czterech a świeżo rozwijające się banki mają na tyle gotówki by Daltonowie byli szczęśliwi. Gdyby nie mały problem.. Noszący imię Lucky Luke, który jak głosi legenda strzela szybciej od własnego cienia. Próbując się przed nim ukryć Daltonowie trafiają do taboru pionierów zmierzających do Kalifornii, aby się tam osiedlić. Nieuczciwy sprzedawca dał im na to 80 dni wierząc, iż nie dotrą na czas, dzięki czemu on zachowa ziemię i pieniądze. Zrozpaczeni pionierzy zwracają się z prośbą o eskortę do nieustraszonego stróża prawa, któremu przypadnie trudne zadania utrzymania w ryzach uprzykrzających mu życie Daltonów i pokonania nieprzyjaznych terenów wraz z pionierami w rekordowym czasie. Przyznaje się bez bicia, że zawsze nie cierpiałam Lucky Luke’a. To po części wina mojego drogiego brata, który zawsze bardzo go lubił i znęcał się nade mną przełączając na tą bajkę na tv, kiedy to człowiek nie miał zbyt wielkiego wyboru w oglądaniu (a w przypadku starszego rodzeństwa można było jedynie śnić o władzy nad pilotem ;P). Owszem lubiłam braci Dalton, ale kto ich nie lubił 😉 Za to główny bohater przyprawiał mnie o ból zębów 😛 ten jego spokój, pewność siebie, wręcz pyszałkowatość. Ble, jednym słowem. Dlatego też nie dziwi mnie, że film ten nie przypadł mi do gustu, choć uwierzcie mi, starałam się. Choć sama historia być może nie jest nudna, jeśli oglądało się kreskówkę Lucky Luke od samego początku wiadomo jak się sprawy potoczą. Zwykle odcinek opierał się na tym, że bracia Dalton próbowali uciec z więzienia a Lucky odprowadzał ich do niego po niesamowicie wyczynowym zatrzymaniu, podczas którego strzelał szybciej niż własny cień. Jakkolwiek tu fabuła jest może i bardziej rozciągnięta i na planie pojawią się także inne postaci i inne wątki, to bajka wciąż jest boleśnie przewidywalna. Jednakże nie wymagajmy zbyt wiele, wszak bajka jest dla dzieci i sądzę, że dzieciom może się spodobać. Co prawda nie wiem jak obecnie dzieci zapatrują się na sprawy dzikiego zachodu i czy wciąż marzą o tym by być kowbojem 😉 ale jeśli tak jest to bajka na pewno do nich dotrze. Jest zabawna (w umiarkowany sposób), jest dynamiczna i, co się chwali, niezbyt głośna. Bracia Dalton jak zwykle nie cierpią Lucky Luke’a który jak zwykle jest tym dobrym gościem. Do tego jego wspaniały i dzielny wierzchowiec ma szanse poznać francuską klacz.. można się pośmiać 😉
Plus: Czego by nie mówić o Cezarym Pazurze jest on bezsprzecznie świetnym aktorem, który potrafił zagrać wszystko. Obecnie jedyna rola, w jakiej go uświadczymy to głos podkładany w bajkach. I jakkolwiek uwielbiam go jako Sida w Ice Age (nawet bardziej niż Johna Leguizamo) tutaj nie do końca się sprawdza. Owszem mam sentyment do jego głosu, który przez tyle lat mnie rozśmieszał jednakże do roli stoickiego samotnego kowboja zwyczajnie nie pasuje. Cała reszta zaś zasługuje na plus, bo jest naprawdę dobrze dobrana. Można jedynie pomarudzić na to, że niektórzy mówią niewyraźnie bądź cicho (oglądałam ten film na słuchawkach żeby sąsiad nie urządził mi III WŚ za ciągłe podkręcanie dźwięku) ale ogólnie sprawy mają się dobrze. Mnie osobiście ubawił smaczek w postaci karaluchów z bajki Oggy and the Cockroaches, moja ulubiona francuska bajka 😉 Przyznaje też, że humor w tej akurat bajce o Lucky Luke’u jest całkiem przystępny. Można, ale raczej dla małych chłopców.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 20/07/2010 w + Obejrzane, - Akcja, - Komedia, - Western

 

Tagi: , ,

X-Men 4: Origins – Wolverine (2009)

Powód: Część czwarta.
Diagnoza: Co by nie popsuć przyjemności z oglądania powiem jedynie, że tym razem poznajemy historie Wolverine. Zarówno jego pochodzenia jak i początkowe próby odnalezienia swojego miejsca na świecie jako mutant. Wahanie pomiędzy przyjęciem jednaj ze stron, dobre czy złej. Oraz ostateczne wyjaśnienie sprawy z Williamem Strykerem. Czy już mówiłam, że nie lubię iść za tłumem? Ludzie masowo linczują ten film za to, że niby beznadziejny, że niby wszystko psuje i blabla. A ja się nie zgadzam. Nie i już. Co więcej powiem, że była to moim zdaniem najlepsza ze wszystkich czterech części. Dlaczego? Już wyjaśniam. Po pierwsze nie skupiła się aż tak bardzo nad sprawą mutanty vs ludzkość. Owszem, są w niej mutanty, ale nie jest to ani powodem do dylematów ani też najważniejszą w filmie kwestią. Historia Wolverine jest delikatnie mówiąc nieco brutalna i podziwiam producentów, że zadbali o to by nie była zbyt krwawa. Choć jeśli mam być szczera nie polecam zabierania na to swoich pociech. Trup się tu jednak ściele gęsto. Sam fakt, że żadne z przedstawionych mutantów nie ma jakiś super wypasionych nowoczesnych gadżetów jest dużym plusem. Zawsze byłam zwolenniczką prostszych rozwiązań. Do tego główny motyw sporu i kontrastu między braćmi wyjątkowo intrygujący. Po części wynika to z mojej sympatii do obu aktorów, ale nie można im ująć umiejętności. Obaj grają świetnie a agresja między nimi dodaje pikantnego smaczku 😉 Ogólnie obsada jest dobrana świetnie a efekty nie dość, że mroczne to jeszcze wyjątkowo dopracowane. Nie zgadzam się z opinią, że jest gorzej niż w poprzednich częściach, bo tam była taka masa błędów, że przy tej części mogą się zwyczajnie schować. Największym jednak atutem części czwartej jest jej dojrzałość. Brak tu buntujących się dzieci i walki dobra ze złem. Jest zwyczajna sensacja okraszona wyjątkowymi umiejętnościami bohaterów, ot wszystko.
Plus: Fakt, że można tą część oglądać bez pozostałych. To, że stanowi w pewnym sensie odrębną historie, która nie ma wpływu na te poprzednie. Owszem, jest ciekawostką, jeśli ktoś polubił postać Wolverine i chce się koniecznie dowiedzieć jak to z nim było, ale jak już powiedziałam, jeśli nie widzieliście poprzednich części i was do nich nie ciągnie, ta stanowi osobny segment, po który polecam sięgnąć. Jeśli potraktujemy to jako film sensacyjny to nikt nie poczuje się zawiedziony. Zgadzam się, są tu błędy. Począwszy od tego jak Wolverine wyciąga z ofiar szpony jak z masła, Williamowi Strykerowi zmienia się kolor włosów zależnie od ujęcia a kończąc na samozamykających się ustach trupa :p Ale takie wpadki zdarzają się w każdym filmie, nie ma produkcji doskonałych. Przede wszystkim na największe oklaski zasługuje obsada. Zarówno Hugh Jackman jak i Liev Schreiber grają bardzo dobrze. Zwłaszcza ten drugi, który urzekł mnie swoimi ząbkami ;D wiem, miały być straszne, ale ja jestem niereformowalna XD Do tego Dominic Monaghan za którym zdążyłam się już stęsknić, od kiedy bezczelnie zabili mi go w Lost (moja ulubiona postać). Daniel Henney , który prawdę powiedziawszy w koreańskich filmach mówi z tak żałosnym akcentem, że spodziewałam się żenady a tu pozytywne zaskoczenie 😉 No i Ryan Reynolds oraz Kevin Durand , którzy też spisują się niczego sobie. Polecam tą część każdemu, kto lubi dobrą sensacje, pozbawioną tanich wzruszeń za to soczystą na tyle by oglądać ją momentami na wdechu 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 04/07/2010 w + Obejrzane, - Akcja, - Sci-Fi

 

Tagi: ,

X-Men 3: The Last Stand (2006)

Powód: Część trzecia.
Diagnoza: Laboratorium pracujące nad genem mutującym wynalazło lekarstwo odwracające ów proces. Każdy z mutantów ma teraz wybór, może przyjąć lek i stać się tak zwyczajny jak resztę śmiertelników i tym samym pozbyć się wiecznych obaw i alienacji. Jednakże nie każdy taki wybór chce mieć. Wszak nie wszyscy z nich czują się „odmieńcami” ba, czują się zupełnie normalni i uważają taką propozycje za obrazę. Po raz kolejny Charles Xavier i Magneto stają po przeciwnych stronach barykady. To musi się skończyć wojną. Zwłaszcza, że Magneto nie ma zamiaru siedzieć z założonymi rękoma i czekać aż władze ustalą, że „unormalnienie” mutantów jest sprawą konieczną… Zrobiło się mrocznie. Z początku obawiałam się, że po tym jak zakończyła się część druga nastąpi patos i smęcenie. Tak się jednak nie stało i dzięki wam producenci za to. Niestety jednak musze powiedzieć, że jest to najsłabsza ze wszystkich część. Ot chociażby, dlatego że pokazuje jakieś młodzieńcze bunty i miłostki, co być może trafiłoby do mnie gdybym miała lat naście a tak było zwyczajnie nudnawe.. Nie umniejszając jednak (bo to że film jest przeznaczony bardziej dla młodszej widowni nie znaczy, że jest zły) podobało mi się. Ot chociażby ze względu na to, że zrobiło się nieco bardziej dramatycznie. Kiedy przez dwie części wszystko toczy się dobrze i ci dobrzy wychodzą z sytuacji bez większego uszczerbku na zdrowiu prędzej czy później robi się zwyczajnie nudno. W filmach z herosami potrzeba trochę ofiar ot chociażby po to żeby potrząsnąć nieco widzem i przyciągnąć jego uwagę skutecznie. Jeśli by potraktować ten film w kategorii dla młodzieży to rozterki miłosne nie byłyby takie złe. W sumie to nie są jakoś szczególnie żenujące, ale dla dorosłego odbiorcy mogą się wydać ciutke romansowe, co nie oszukujmy się, nie pasuje w tego typu filmach. Sama alternatywa postawiona przed mutantami to dość ciekawy pomysł. Skłoniło mnie to do paru głębokich refleksji. Dodajmy do tego próbę przywrócenia na dobrą drogę tych, którzy zbłądzili i mamy dwie godziny rozrywki 😉
Plus: Jak już wspomniałam powyżej spodobał mi się motyw z lekiem na mutacje. Kiedyś oglądałam programy naukowe o prawdziwych osobach, które cierpią z powodu różnych okropnych chorób, które deformują ich ciała, twarze. Wstrząsnęło mną to, że prawie każdy z nich odmawiał operacji, która przywróciłaby im „normalny” wygląd. Pomyślałam jednak o tym od innej strony. Ja nie zgodziłabym się na operacje plastyczną, bo obawiałabym się, że stanę się kimś innym w lustrze, że nie zaakceptuje tej obcej mi osoby. Moje niedociągnięcia są moje i mam je, od kiedy pamiętam, nie chce oglądać nikogo obcego choćby nawet miał być ładniejszy. I choć brzmi to niewiarygodnie, że ludzie, którzy nie mają twarzy nie chcą jej odzyskać to najprawdopodobniej kieruje nimi podobne przekonanie, nie byliby już sobą. Dlatego też temat w tym filmie poruszony skłania do refleksji a to żadkie zjawisko w takim kinie 😉 Pojawiło się też nieco nowych postaci w tym znany między innymi z Lost Ken Leung 😉 Choć najciekawszy jest Kelsey Grammer w roli Hank’a McCoy, futrzak… XD Postać Jean Grey alias Dark Phoenix wygląda znacznie ciekawiej niż w poprzednich częściach 😉 Mroczna strona dodała jej sporo uroku :p Można, ale nie trzeba, dla tych, których wciągnęła historia 🙂

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 04/07/2010 w + Obejrzane, - Akcja, - Sci-Fi

 

Tagi: ,

X-Men 2 (2003)

Powód: Część druga.
Diagnoza: Kontynuacja losów bohaterów z części pierwszej. Wolverine wraca do szkoły po nieudanej próbie rozwiązania tajemnicy swojej przeszłości. W tym czasie prezydent Stanów Zjednoczonych zostaje zaatakowany przez tajemniczego mutanta posiadającego zdolność teleportacji. Rozpętuje to wojne z mutantami, które ów prezydent uznaje za realne zagrożenie. Choć Magneto za pomocą swojej wiernej Mystique udaje się zbiec z więzienia, nie on jest sprawcą owych wydarzeń. Dwa wrogie sobie do tej pory szczepy mutantów stają ramie w ramie przeciw Williamsowi Strykerowi, którego plan jest iście diaboliczny. Przyjęta zasada części drugiej mówi, iż zwykle jest gorsza od pierwszej. W tym przypadku można powiedzieć, że jest nawet lepsza. Bohaterowie nabrali nieco więcej wyrazistości, źli jednoczą siły z dobrymi przeciw wspólnemu przeciwnikowi, historia nabiera rumieńców. Do tego tam gdzie trzeba się wzruszyć nawet można się wzruszyć 😉 Fajnym zagraniem było też dodanie nieco młodszych bohaterów. Wszak w szkole powinny być jakieś ciekawe postaci o intrygujących umiejętnościach. Do tego sprawdzian postawiony przed Wolverine, kiedy to musi zdecydować czy stanie po stronie dobra czy też swojej, intrygujące 😉 Ogólnie ta część jest zwyczajnie lepsza przez to, że wiemy już więcej i nic nie dzieje się zbyt szybko i zbyt ogólnikowo. Tematy są lepiej dopracowane i nakreślają nam nieco mocniej zarysy przeszłości postaci. Jedyne, co mi się nie spodobało to wątki miłosne, bo są takie troszeczkę na siłę. Być może uczucie, jakim obdarzył Jean Wolverine było w komiksie czymś głębokim jednakże w pierwszej części w ogóle tego nie widać, poza oczywistym chamskim podrywem na zasadzie „hej mała” 😉 Aktorzy wrzucili też nieco na luz i nie zachowują się już tak pompatycznie jak w części pierwszej. No i lektor jest inny, dziękuje! 😀
Plus: Począwszy od wartkiej akcji, ciekawej historii i dających się lubić postaci aż po wzruszające zakończenie, mądre przesłanie i niezłe efekty specjalne. Tak jak w przypadku części pierwszej nie jest to film dla każdego. Jeśli nie przepadasz za super mocami, pomiń tą pozycje. Choć zaznaczam, że ja nie przepadam za tą tematyką a jednak bawiłam się wcale nieźle. Film jest po prostu lekki i przyjemny w odbiorze. Nie jest tu tak mrocznie jak w Batmanie i brak żałosnych romansów jak w Spidermanie. Taki o młodzieżowy filmek, na który można wybrać się z nastoletnim synem i nie usnąć 😉 Panie ucieszy wiadomość, że Hugh Jackam wygląda tak dobrze jak zwykle ;D A panowie nacieszą się widokiem Halle Berry i Famke Janssen prezentujących się tu całkiem całkiem 😉 Ciekawym smaczkiem jest obecność Rebecci Romijn-Stamos w jej ludzkiej formie ;D Ogólnie, na przyjemne zabicie czasu 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 04/07/2010 w + Obejrzane, - Akcja, - Sci-Fi

 

Tagi:

X-Men (2000)

Powód: Miałam ochotę na coś o nieskomplikowanej treści.
Diagnoza: Ekranizacja komiksowej serii o grupie mutantów obdarzonych zdolnościami paranormalnymi. Napiętnowani przez ludzi obawiających się ich mocy, ukrywają się nieczęsto opuszczając swoje rodziny. Bezpiecznym miejscem, do którego mogą się udać jest szkoła dla uzdolnionych dzieci profesora Charlesa Xaviera. Z pomocą wyszkolonych przez niego wcześniej mutantów, uczy dzieci jak panować nad ich zdolnościami. Jednakże jak łatwo się domyślić mutanci to też ludzie i targają nimi takie same emocje. Dlatego też znajdują się wśród nich tacy, którzy buntują się przeciw reżimowi „normalnych ludzi”, przyłączają się do Magneto, który pragnie unicestwienia ludzkości i opanowania świata przez mutanty. Walka pomiędzy gatunkami wisi w powietrzu. Zacznijmy od poważnego zgrzytu, jaki miałam podczas oglądania tego filmu i ostrzeżenia dla potencjalnie zainteresowanych. Nie oglądajcie tego z polskim lektorem. Załatwcie sobie dvd, od kogoś, z wypożyczalni.. ale nie oglądajcie z lektorem 😉 Pan miał tak pozbawiony jakichkolwiek emocji głos, że popsuł każdą scenę, która owych emocji wymagała. Do tego był zwyczajnie męczący dla uszu. No, ale nie jest to wina filmu, więc jedynie ostrzegam 😉 i już przechodzę do treści. Musze powiedzieć, że spodziewałam się czegoś gorszego. Nie to żebym była uprzedzona (jak niektórzy :p) ale zwyczajnie nie przepadam za filmami na podstawie komiksów a już zwłaszcza o superbohaterach. Cóż, kiedy byłam dzieckiem lubiłam komiksy, ale były to raczej Smerfy, Asterix, Hugo.. później Thorgal, Szninkiel. Nigdy nie kręciły mnie Supermany, Spidermany i inne tego typu twory. Dlaczego? Może dlatego, że jestem dziewczyną 😉 A może dlatego, że latający facet w czerwonych majtkach wydawał mi się bardziej śmieszny niż dzielny. Dlatego też nie chodzę do kina na te wszystkie ekranizacje, bo wynudziłabym się i co najwyżej naooglądała efektów specjalnych. Uznałam jednak, że może warto zobaczyć czy aby na pewno nic nie tracę i mój wybór padł na X-Men. Byłam zaskoczona tym, że nie było tak źle jak można by się tego spodziewać 😉 Po pierwsze i najważniejsze nie znam komiksów, więc nie interesowało mnie czy ekranizacja jest wierna oryginałowi czy też nie. Traktowałam to jako osobny twór i na tym się skupie. Zacznijmy od bardzo dobrej obsady. Kiedy człowiek widzi tych bądź, co bądź dobrych aktorów to myśli sobie, że to nie może być kicha, bo by przecież w tym nie zagrali. I być może to właśnie ich gra aktorska nadaje tej produkcji walorów, bo ogólnie to nie jest jakoś mocno porywająco. Sam ogólny pomysł jest fajny, nie przeczę. Wykonanie jest jednak trochę na chybcika jakby chcieli pokazać wszystko, ale nie bardzo był na to czas, więc z lekka przyspieszyli niektóre wydarzenia. niestety sceny, w których powinniśmy czuć wzruszenie są raczej śmieszne niż wzruszające, ale da się na to przymknąć oko. Sporo tu dobrego humoru – Wolverine pokazujący środkowy pazur, bezcen ;D szybkiej akcji i barwnych postaci. Jeśli nie lubicie takiego gatunku kina to pewnie się wynudzicie, ale jeśli jesteście otwarci na coś innego, ot tak dla odmiany, to zobaczyć można.
Plus: Nie będę się tu rozwodzić nad Hugh Jackman’em coby nie być posądzona o faworyzowanie ;P Aczkolwiek stanowi bardzo przyjemny widok 😉 Halle Berry z początku w ogóle nie poznałam… Ogólnie obsada, na której można oko zawiesić a i grająca na tyle dobrze by film podniósł sobie poziom. Jak już mówiłam spodobały mi się humorystyczne wątki, bo za dużo patosu w tego typu filmach sprawia, że zupełnie się do nich zniechęcam. Spodobało mi się w tym filmie to, że wciąga, ciekawi nas jak to się wszystko rozegra. Teoretycznie łatwo się domyślić, że dobro musi zwyciężyć nad złem, ale nie możemy mieć pewności, co stanie się po drodze. Zaraz po Wolverine moją ulubioną postacią była Mystique grana przez Rebecce Romijn-Stamos, ta to dopiero potrafi być zabójcza i seksowna w jednym 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 04/07/2010 w + Obejrzane, - Akcja, - Sci-Fi

 

Tagi: