RSS

Archiwum kategorii: – Melodramat

10 filmów z przed roku 1990 które powinno się znać

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie ostatnia wymiana maili 😉 Dlatego też postanowiłam stworzyć to jakże subiektywne zestawienie dziesięciu filmów z przed roku 1990 które wpłynęły na mnie, oczarowały, ukształtowały upodobania i zwykle były oglądane po przynajmniej dziesięć razy. Z wiekiem nie mam już na to czasu ale wciąż jeśli jest okazja chętnie do nich wracam. Te jednak to crème de la crème, także bon appétit 😉 Kolejność zupełnie przypadkowa.

The Godfather (Ojciec chrzestny) (1972)

Godfather-poster

Zacznę od klasyki z serdecznymi pozdrowieniami dla Agnieszki która chcąc nie chcąc stała się inspiracją tego teksu a filmu wyżej wymienionego nie oglądała 😛 Cóż, nie powiem, że jest to film dla każdego. Ale bez wątpienia każdy dorosły fan kina kryminalnego znajdzie tu coś dla siebie. Zarówno książkowy pierwowzór jak i ekranizacja są absolutnie fenomenalne i nie wyobrażam sobie bym mogła przejść obok tej pozycji obojętnie. Bez tego filmu nie byłoby Chłopców z ferajny czy chodźby Rodziny Soprano. Ale przede wszystkim jest to film nie tylko gangsterski. Jest to dramat przedstawiający historię rodziny, pokazuje wartości i to które należy cenić i jak wysoko. Walkę o władzę, sławę, pieniądz. Znajdziemy tu miłość, zdradę, szacunek którego próżno szukać w obecnych czasach. Jest to oczywiście również najlepsze przedstawienie organizacji przestępczej i jej działalności w niesamowitej formię z mistrzowskim aktorstwem i muzyką. Och, ach, mogłabym się rozpływać jedynie nad samą muzyką. Kończąc swoje peany powiem jedynie iż gdybym z tej listy miała wybrać jeden film o którym mogłabym zapomnieć to na pewno nie byłby ten. Bez dwóch zdań, zostanie na zawsze w mojej pamięci jako 10/10. Bezbłędny, uczta kinomana.

One Flew Over the Cuckoo’s Nest (Lot nad kukułczym gniazdem) (1975)

Theatrical-Movie-Poster-one-flew-over-the-cuckoo-E2-80-99s-nest-12279895-1009-1500

Tu nie będę się rozpisywać bo każdy kto widział ten wie, a kto nie widział to cóż, powinien się conajmniej wstydzić. Jest to film mocny, pełen emocji w większości wstrząsających nami dogłębnie. Wątpie by ktoś był w stanie obejrzeć go do końca bez wzruszenia. Czytając książkę płakałam i nie wstydzę się do tego przyznać. To chyba najlepszy dramat psychologiczny jaki kiedykolwiek widziałam i nie obejrzenie go uważam za poważny błąd. Dla gry Jacka Nicholsona i koszmarnej Siostry Ratched warto zryć sobie tym filmem psychikę.

Taxi Driver (Taksówkarz) (1976)

taxi-driver-movie-poster-1976-1020170448

Martin Scorsese, Robert De Niro i młodziutka Jodie Foster – czy ten film potrzebuje jakiejś dodatkowej reklamy? Absolutny must watch dla mnie i każdego kto gustuje w dramatach. Nie będę się rozpisywać nad detalami bo to coś co po prostu trzeba obejrzeć samemu i spróbować ogarnąć z możliwie własną interpretacją.

Beetlejuice (Sok z żuka) (1988)

6963162.3

Gdybym była złośliwa napisałabym, że powstał on kiedy jeszcze Tim Burton kręcił dobre filmy ale nie będę złośliwa i powiem jedynie – absolutny kandydat do top 5 czarnej komedii. Nie sposób się na nim nie śmiać, nie wzruszyć a nawet bać, przynajmniej w tamtych czasach kiedy to Beetlejuice pod postacią węża wydawał się naprawdę przerażający. Do tego świetna obsada, gra aktorska, muzyka Dannyego Elfmana i przedewszystkim oryginalność. Próżno szukać czegoś choć odrobinę podobnego. Absolutnie jeden z moich ukochanych filmów które mogłabym oglądać kilka razy pod rząd.

Der Name der Rose (Imię róży) (1986)

the-name-of-the-rose-1986-movie-poster

Och cóź to były za emocję. No bo czy ktokolwiek oglądając ten genialny kryminał po raz pierwszy domyślił się zakończenia i sam rozwiązał zagadkę? Wciąż uwielbiam do niego wracać choć już tak dobrze znam zakończenie. Uwielbiam jego mroczny klimat, gęstą, tajemniczą atmosferę i świetną grę aktorską. Takich filmów już się nie robi 😦

Life of Brian (Żywot Briana) (1979)

20080725204913679_1_original

Musiał się tu znaleźć, bo po prostu musiał 😀 To bez sprzecznie nie jest film dla każdego… Moja mama podejrzewam, stukneła by się w czoło gdyby obejrzała chociaż pięć minut. Ale ja wciąż nie mogę się oprzeć humorowi ekipy Monty Pythona. I podziewiam ich za to jak bardzo nie boją się że ktoś tam na nich czeka po śmierci 😀 But remember to always look on the bright side of life~ 😀

Monty Python and the Holy Grail (Monty Python i Święty Graal) (1975)

1d4712fc1ce655463ccae0c4a43935f3

Skoro jest Brian to i nie mogło zabraknąć Graala 😉 Można by wymieniać tysiące smaczków tego filmu jak morderczy królik, rycerzy Ni, prędkość jaskółki bez obciążenia… Ten film po prostu trzeba obejrzeć 😀 Nie powiem że jest to dzieło na poziomie filmów powyżej ale nie wyobrażam sobie, że miałabym go nie znać. Jeden z tych filmów na których po prostu nie można przestać się śmiać 😉

Breakfast at Tiffany’s (Śniadanie u Tiffany’ego) (1961)

7d4638ab3fff23a4b7b90be405d49d51

I z karykatur przeskok na kino poważne, kino kobiece. Nie jestem wielką fanką tego typu filmów a jednak urzekł mnie do tego stopnia iż nawet mnie to zaskoczyło. Można by śmiało powiedzieć iż film ten stał się inspiracją do znienawidzonego przezemnie filmu Pretty Women, nie znoszę go i nigdy już tego zdania nie zmienie. Tu jednak historia jest nieco inna, bardziej wyrafinowana, pełna smaku i taktu. Uczta dla oczu. Do tego jakże piękna Audrey Hepburn i moje ukochane Moon River Franka Sinatry. Polecam każdemu kto ma ochotę na klasykę która nie charkteryzuję się przerostem formy nad treścią.

Gone with the Wind (Przeminęło z wiatrem) (1939)

przeminelo

Mówcie sobie co chcecie ale ja po prostu uwielbiam ten film 😛 Uwielbiam w nim Vivien Leigh i Clark’a Gable. Nie sposób mi przejść obok niego obojętnie choć być może gdybym obejrzała go po raz pierwszy teraz, miałabym zbyt wiele dobrych melodramatów do porównania.. Nie zmienia to faktu, że pozostaje w moim osobistym zestawieniu top 10 😉 „Pomyślę o tym jutro” a jeśli komuś się to nie podoba to „Frankly my dear, I don’t give a damn.” 😉

Die Unendliche Geschichte (Niekończąca się opowieść) (1984)

the-neverending-story-53c577f34bcf2.jpg

Jakież byłoby moje życię bez tego filmu.. Odtwarzałam go z kasety tak często że praktycznie ją zdarłam 😉 Marzyłam o świecie fantazji, o locie na smoku o magicznych stworzeniach które pomogłyby mi się wyrwać z tego ponurego świata… Bezsprzecznie dzięki temu filmowi zainteresowałam się fantasy. A może to po prostu już gdzieś we mnie tkwiło? Tak czy inaczej to po nim zaczęłam miewać różnego rodzaju fantastyczne sny które nierzadko opisywałam i byłoby cudownie gdybym dotrwała w nich do końca 😉 Jest tu magia, emocje, przepiękny baśniowy klimat. To czego tak bardzo brakuje we współczesnych filmach skupionych znacznie mocniej na formie niżeli na przekazie.. Tym jakże emocjonalnym dla mnie filmem kończę moją listę top 10 i zaznaczam iż wielu filmów tu zabrakło jak np Ghost Busters, Look Who’s Talking, Dangerous Liaisons czy chociażby Kapuśniaczku 😉 Te jednak zostawię sobie do innego zestawienia a już w przygotowaniu mam listę filmów lat 80-90 które wszyscy oglądaliśmy ale wstydzimy się do tego przyznać 😛 Także do przeczytania 😉

 

Burlesque (2010)

Powód: Lubię wokal Aguilery i Cher a do tego klimat burleski.
Opis: Ali, dziewczyna z małego miasteczka rzuca prace i wyrusza w poszukiwaniu kariery. Po wielu niepowodzeniach trafia do klubu The Burlesque Lounge. Oczarowana magią starego, podupadającego teatru, pięknych strojów i seksownych układów, marzy o wystąpieniu na scenie. Zdeterminowana zatrudnia się jako kelnerka ze wszystkich sił próbując przekonać właścicielkę teatru Tess do swoich umiejętności. Kiedy w końcu udaje jej się dostać szanse jako tancerka, w wyniku złośliwego dowcipu jej konkurentki ujawnia swoje niezwykłe umiejętności wokalne…
Diagnoza: Miałam bardzo mieszane uczucia oceniając ten film. Z jednej strony chciałabym dać mu wysoką ocenę za muzykę i klimat z drugiej jednak film jest płaski jak deska i przewidywalny do bólu. O aktorstwie też ciężko powiedzieć chociażby jedno dobre słowo. Jednak nie oceniajmy książki po okładce. Wszak nie spodziewałam się powalającego dzieła, ale liczyłam na dobry musical i to też dostałam. Dodatkowo, jeśli ktoś tak jak ja przepada za klimatycznie magicznym światem burleski, film jest jak najbardziej wart polecenia. Ot dwie godziny spędzone na słuchaniu dobrej muzyki i cieszeniu oczu pięknymi dziewczętami wyginającymi śmiało ciało 😉 Smutnym faktem stało się moje pogodzenie z tym, iż żaden film nie jest w stanie zadowolić mnie na wszystkich płaszczyznach. Jednakże przewidywalność i bezpłciowość tego filmu nie męczy aż tak bardzo jak innych produkcji. Mówię jednak za siebie gdyż zaznaczam, lubię wokale głównych bohaterek. W szczególności wokal Aguilery zasługuje na wielkie oklaski uznania. Kawałek Bound to You oczarowuje zaś You Haven’t Seen the Last of Me w wykonaniu Cher wzrusza do gęsiej skórki. Cóż mogę dodać więcej. Obejrzyjcie, jeśli lubicie ten klimat. Film ma w sobie coś, co zachęca do obejrzenia go do końca, choć od pierwszych dwudziestu minut sami moglibyśmy napisać jego scenariusz 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 25/03/2011 w + Obejrzane, - Melodramat, - Musical

 

Tagi: ,

P.S. I Love You (2007)

Powód: Z inicjatywy eevee, ja się dzielnie broniłam! 😀
Diagnoza: Holly ma problem z zaufaniem mężczyźnie. Mimo iż kocha swojego męża Gerry’ego, ciężko jej zdecydować się na stabilizacje, jaką byłoby dziecko. Kiedy niespodziewanie Gerry umiera, Holly nie potrafi sobie z tym poradzić. Odkrywa w pełni jak bardzo kochała swojego męża i nie umie wyobrazić sobie życia bez niego. Nieoczekiwanie w dniu jej trzydziestych urodzin Gerry znów pojawia się w jej życiu za pomocą listów. Przychodzące w różnych odstępach czasu listy mają na celu pomóc jej podnieść się ze stanu skrajnej rozpaczy i zrozumieć, iż jej życie nie dobiegło końca a miłość, którą nosi w sercu nigdy jej nie opuści. Broniłam się przed tym filmem niezwykle dzielnie 😉 Z początku, dlatego że nie lubię Hilary Swank (ta dziewczyna wygląda jak koń..). Później znalazło się jeszcze kilka innych powodów. Obecnie powodem było to, że lubię Gerarda Butlera, jakkolwiek niepoważnie by to nie brzmiało xD eevee skusiła mnie niecnie nakłaniając do „wspólnego” oglądania i tak oto przepadłam 😉 Zaplanowałam, iż uprzednio przeczytam książkę jednak nie udało mi się jej dorwać w bibliotece, więc cóż, teraz już wiem, kogo będę widziała podczas czytania. Z tego też powodu nie mogę powiedzieć jak film ma się do książkowego pierwowzoru, ale jako osobna produkcja wypada naprawdę dobrze. Jako niezbyt wielka fanka romansowych klimatów dzielnie udawałam, że się nie wzruszałam, co oczywiście nie jest zgodne z prawdą 😉 Sceny poświęcone na wyznania miłosne zwykle mnie męczą gdyż są sztuczne, szablonowe i cały czas ma się świadomość, że to aktorzy, którym za to zapłacono. No chyba, że jest to scena wyjątkowo dobrze zagrana tak byśmy się wczuli i wyobrazili sobie, choć przez chwile, że to nie film. W tym przypadku zarówno dobranie aktorów jak ich gra aktorska jest bezbłędne. Chciało mi się płakać, śmiać, oba na przemian. Sam pomysł wydawałby się wyjątkowo smutny jednakże przedstawienie go w taki a nie inny sposób wzrusza i to silnie. Widziałam pewne złośliwe recenzje mówiące o tym, że żałoba jest dobra na wzruszenia. Cóż, ja nie patrzyłam na treść pod kontem tego, iż mąż Holly zmarł. Dla mnie raczej ważna była sama miłość pokazana w być może niecodzienny sposób, ale wyjątkowo piękny. Każdy, kto kogoś stracił doskonale wie, iż nasze uczucia ukazują się w pełni dopiero wtedy, kiedy już wiemy, że ta osoba nie wróci. Wtedy człowiek zdaje sobie sprawę z tego, czego nie powiedział, czego nie zrobił, za czym będzie tęsknił. Pomijając jednak tragiczny wydźwięk tego filmu jest to naprawdę piękny film o miłości. Poruszył moje twarde serce a to już coś znaczy 😉 Może ja też powinnam zgubić się w Galway? XD Tylko musiałabym uważać na dzikie irlandzkie psy XD Wracając do tematu… ;D Irlandzki akcent Gerarda wyjątkowo mnie bawił 😉 a Hilary była nawet możliwie znośna :p Dodatkowymi plusami były Lisa Kudrow, Gina Gershon i Kathy Bates, do których mam swego rodzaju sympatię 🙂 Na spory plus zasługuje też muzyka którą namiętnie wałkuje od wczoraj 😉 Ogólnie bardzo dobry film, jeden z tych najlepszych jakie tu opisałam 🙂

 
4 komentarze

Opublikował/a w dniu 04/08/2010 w + Obejrzane, - Melodramat

 

Tagi: ,

Young Victoria, The (2009)

Powód: Emily Blunt i chęć na film kostiumowy.
Diagnoza: Film opowiada o losach młodej brytyjskiej królowej Wiktorii – najdłużej panującej monarchini Wielkiej Brytanii. Okresie, w którym pilnowano jej niczym skarbu ze świadomością, iż pewnego dnia zasiądzie na tronie. Uwięziona przez ambicje matki oraz manipulacje Lorda Melbourne’a i nie do końca dojrzała do stanowiska, z trudem radzi sobie ze spoczywającymi na jej barkach obowiązkami w obliczu intryg i zakłamania świata wyższych sfer. Pomoc i miłość księcia Alberta wspierają ją tak silnie, iż wkrótce staję się prawdziwą królową, której panowanie sprawia, iż Anglia rośnie w potęgę stając się jednym z najpotężniejszych imperiów. Z początku film ten wydawał się wyjątkowo ciekawą pozycją. Najbardziej intrygowała mnie Emily Blunt, którą niespecjalnie wyobrażałam sobie w roli Wiktorii. Moje wyobrażenia miały wiele wspólnego z prawdą gdyż aktorka ta niespecjalnie się w tej roli sprawdza. Tak to już jest, że niektórzy aktorzy mają zbyt współczesny typ urody do filmów kostiumowych. Są też tacy, którzy wyglądają tak jakby urodzili się w zupełnie innej epoce i oglądanie ich w takich filmach jest wielką przyjemnością. Emily do takich ludzi nie należy. Jakkolwiek bardzo przyjemnie ogląda mi się ją w filmach współczesnych, tak ten nie był w jej wykonaniu najlepszy. Do tego sam klimat pozostawiał wiele do życzenia. Nie bardzo wiedziałam, co reżyser chciał osiągnąć. Czy chciał żeby był to film historyczny, obyczajowy a może romans? Jedna scena jest w tym klimacie, kolejna w innym. Ogólny miszmasz wprowadza jedynie zamieszanie. Dialogi są płytkie a sceny niezbyt ciekawe. Same kostiumy nie są w stanie nadrobić braków w treści a i gra aktorska pozostawia nieco do życzenia. Ogólnie film nie jest zły, można go obejrzeć, jeśli człowiekowi się nudzi albo leci akurat w telewizji a my nie mamy ciekawszych zajęć na wieczór. Nie polecałabym go jednak koneserom gatunku gdyż nie jest to produkcja, którą będą wspominać albo, po którą sięgnę jeszcze raz. Nie interesowałam się historią królowej Wiktorii, więc nie jestem w stanie określić, w jakim stopniu reżyser trzymał się faktów historycznym. Podpierając się jedynie komentarzami wiem, że w niewielkim. Jeśli więc miał być to po prostu romans historyczny to wyszło kiepsko, bo tego romansu to tu tyle, że jakoś niespecjalnie mnie wzruszył. Miłość pojawia się z powietrza i nie wydaje się jakoś szczególnie głęboka. Winę można zapewne zrzucić na aktorów, ale nie tylko oni byli odpowiedzialni za ostateczne wykonanie. Pozycja wyłącznie jako zapychacz.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 02/08/2010 w + Obejrzane, - Historyczny, - Melodramat

 

Tagi: ,

Silk (2007)

Powód: Skusił mnie plakat i ładna Keira Knightley.
Diagnoza: Ekranizacja powieści Alessandro Baricco o tym samym tytule. Druga połowa dziewiętnastego wieku, Francja. Hervé Joncour syn burmistrza miasteczka Lavilledieu po odbyciu służby wojskowej decyduje się na odejście z armii by poślubić swą ukochaną Hélene. Młodzi muszą się z czegoś utrzymać, dlatego też Hervé najmuje się jako pomocnik pana Baldabiou. Przedsiębiorca ten ma w planach uczynienie z Lavilledieu ośrodka produkcji jedwabiu. Zadaniem Hervé’go jest pozyskiwanie jaj jedwabników, co wiąże się z dalekimi podróżami do egzotycznych i niebezpiecznych krajów, jak Syria, Egipt a następnie Japonia. To właśnie tam pozyskują najwspanialszy jedwab na świecie i choć podróż jest wyjątkowo długa i niebezpieczna, jest ona dla tego biznesu wyjątkowo konieczna. Hervé przebywając w zupełnie innym świecie o innych zasadach i kulturze, odnajduje tam coś, co sprawia, że jego myśli na długo po powrocie do domu, pozostają w kraju kwitnącej wiśni. Tęsknota sprawi, iż niejednokrotnie wróci tam po coś, czego tak naprawdę wcale nie musiał szukać. Film ten skusił mnie ładnym plakatem. Sądziłam, iż klimatem przypomina Painted Veil i bardzo się zawiodłam tym, co dostałam. Jakkolwiek, Keira Knightley jest tu wyjątkowo śliczna a i zdjęcia są równie przyjemne dla oka, nic więcej z tego filmu nie miałam. Sama historia jest płytka jak moja wanna i dość przykra. Nie chce tu zdradzać treści, ale wszystko sprowadza się do tego, że główny bohater jest świnią. Nie wiem jak to się ma do książkowej wersji (która już czeka w kolejce do przeczytania), ale film tak spłycił tą historię że aż przykro się to ogląda. Nie ma to żadnego porównania do Painted Veil, które było o niebo lepsze. Jedyne, co te filmy łączy to ograniczona liczba dialogów zastąpiona obrazami, które mają mówić same za siebie. W przypadku Jedwabiu obrazy niestety nie nadrabiają. Może inaczej to ujmę, same obrazy są piękne i poetyckie, temu nie przeczę. Jednakże historia jest tak nieciekawa, że na nic nam te piękne obrazy. Zrozumiałabym gdyby zachowanie Harve’ego miało jakieś wyjaśnienie, takie, które ten film w racjonalny sposób by przedstawił. Ale takowego tu nie uświadczymy. Przyznam, że film zanudził mnie do tego stopnia, że gdyby nie mój wrodzony upór i zasada – nie oceniaj czegoś, czego nie sprawdziłaś do końca, pewnie nie dotrwałabym do napisów. Nie żałuje, że go obejrzałam, bo jakkolwiek wynudziłam się przeokropnie to widoki były warte tej nudy. Do tego, Keira prezentowała się wyjątkowo zjawiskowo. Zazwyczaj nie zachwycam się jakoś szczególnie jej urodą, bo zwyczajnie nie przypadają mi do gustu jej role. W przypadku Jedwabiu jednakże jej rola jest jedyną ciekawą a do tego prezentuje się nadzwyczaj pięknie, ratując ten film przed totalną klapą. Słyszałam pewne głosy sprzeciwu, które mówią, że film jest piękny, poetycki, blablabla. Jestem fanką takich właśnie filmów i jakkolwiek zarówno Painted Veil jak i Atonement mogłabym zatrzymywać, co chwilę by popatrzeć na obraz prezentowany na ekranie, tak tutaj treść skutecznie mnie do tego zniechęcała. Mam nadzieje, że książka nieco podniesie moje zdanie na temat tej produkcji, zobaczymy. Do tego czasu raczej nie polecam, chyba, że naprawdę wyjątkowo wytrwałym, którzy nie przepadają za dialogami w filmach 😉

 
12 komentarzy

Opublikował/a w dniu 02/08/2010 w + Obejrzane, - Melodramat

 

Tagi: ,

Atonement (2007)

Powód: James McAvoy.
Diagnoza: Rok 1935. Briony Tallis z zamożnej angielskiej rodziny właśnie napisała swoją pierwszą sztukę. Ma jednak zaledwie trzynaście lat i jak to uzdolniona literacko trzynastolatka, nieco wybujałą wyobraźnie. Staje się światkiem zdarzeń pomiędzy jej starszą siostrą Cecylią a utalentowanym synem służącej Robbym i wyciąga z nich zgubne dla chłopaka wnioski. Kiedy jej kuzynka Lola zostaje zgwałcona, Briony jest przekonana, że zrobił to Robby. Jak łatwo się domyślić, słowo dane przez dziecko z zamożnej rodziny było stanowczo ponad słowu służby. Robby trafia do więzienia, ale w obliczu wojny przyjmuje propozycje udania się do Francji by walczyć pod Dunkierką. Zacznijmy od tego, że unikałam tego filmu. Mam już takie jakieś wmontowane uprzedzenie, które odpycha mnie od filmów, które „widzieli wszyscy”. Ciężko mi powiedzieć, dlaczego odkładam moment, w którym wreszcie je obejrzę. Po prostu tak mam. Żałuje jednak, że nie sięgnęłam po ten film wcześniej gdyż jest niezaprzeczalnie niesamowity. Składa się z prostych obrazów i ograniczonej liczby dialogów. Czasem słowa nie są w stanie opisać uczuć targających człowiekiem. Scena, w której Robby znajduje ciała wymordowanych i bezsilność, jaka pojawia się na jego twarzy – majstersztyk. To samo ma się do scen w szpitalu gdzie Briony odbywa swoją „pokutę”. Film jest dość melancholijny i chłodny. Nie mamy tu nagłych zwrotów akcji czy efektownych scen wojennych. Nie o to w tym chodzi i jeśli ktoś tego właśnie szuka może o tej pozycji zapomnieć. Tego typu historię można by umieścić w innych realiach jednakże wojna podkreśla i wyostrza rodzaj kary, pokuty i konsekwencji. Rola Keiry Knightley nieszczególnie przypadła mi do gustu. Owszem, nie przepadam za nią jako aktorką, ale to wynika z prostego faktu – ma tylko dwa wyrazy twarzy. Ale James nadrabia i jest dobrze 😉 Pozytywem jest dla mnie to, że jest to film angielski nie amerykański, więc brak w nim typowo hollywoodzkich zakrywek – chwała im za to.
Plus: Końcówka zaskoczyła mnie zupełnie. Mogła trwać nieco dłużej, ale cóż, nie można mieć wszystkiego 😉 Scena w bibliotece była bodajże jedną z najgorętszych scen, jakie widziałam w filmach 😉 Polecam gorąco ten film. Wzbudza refleksje – jak niewiele może zadecydować o losie człowieka.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17/06/2010 w + Obejrzane, - Melodramat

 

Tagi: ,

Phantom of the Opera (2004)

Opisywanie zbiorcze miało sens, kiedy w kolejce czekało na mnie 90 filmów do opisania. Teraz jednak, kiedy zostało ich zaledwie piętnaście a ja nie opływam w nadmiar wolnego czasu, mija się to z celem. Dlatego też postanowiłam dodawać opisy pojedynczo, zaraz po obejrzeniu. W przypadku książek pozostanę przy stałej formie, być może zmienię ją w przyszłości, ale póki co zmiana ta dotyczy tylko filmów. W ten sposób będzie mi znacznie łatwiej chociażby ze względu na to, że czekając na opis do konkretnego dnia i zbioru, zapominam o drobnych szczegółach, które czasem warto opisać. Wam też podejrzewam łatwiej będzie poświęcić chwilę na przeczytanie jednego opisu niż dziesięciu 😉 Przez ostatnie trzy dni obejrzałam trzy filmy (przez które spałam po parę godzin by poświęcić na nie czas xD) i nimi się dziś zajmę 🙂

Powód: Uznałam że czas najwyższy 😉
Diagnoza: Jak większość dzieciaków mojego pokolenia wychowywałam się na filmach Disneya. Bajki stare jak świat były istną przygodą, zaczarowanymi drzwiami do świata magii. Musze jednak powiedzieć, że jako dziecko nie byłam zachwycona tym, że tam ciągle śpiewają 😉 Tak, stare bajki Disneya były musicalami, o czym współczesne dzieciaki nie mają nawet pojęcia, bo nie sięgają po coś, co zostało wyprodukowane w 1960 roku 😉 Mój brat powiedział kiedyś „Głupi ten musical, ciągle śpiewają” 😀 przyznaje, że długo byłam tego samego zdania. Wynikało to zapewne z tego, że nie spotkałam się z żadnym dobrym musicalem. A może po prostu musiałam dorosnąć do tego rodzaju sztuki. Po bajkach przyszła pora na Fiddler on the Roof czy też Rocky Horror Picture Show. Wciąż jednak byłam laikiem w tym temacie. Choć sytuacja ta niespecjalnie się zmieniła, mam już na koncie nieco więcej musicali i jednym z nich jest właśnie Upiór… 😉 Zekranizowana wersja musicalu Andrew LLoyd Webbera. Jest to musical tak słynny, że zapewne nikomu nie trzeba mówić, o czym jest. Mimo to w razie gdyby ktoś się uchował… Historia opowiada o tytułowym Upiorze, skrywającym się za maską i zamieszkującym operę, w której tworzy zarówno scenografię jak i muzykę, całe opery – słowem, geniusz. Pewnego dnia do opery trafia młodziutka Christine Daaé, sierota której ojciec obiecał że kiedyś przyjdzie do niej ‚anioł muzyki’. Tak też się staje, kiedy to Christine zapalając dla ojca świece słyszy głos ‚anioła’, który staje się jej nauczycielem i dopracowuje śpiew Christine do perfekcji. Wkrótce uczucie Upiora stają się nieco odmienne od relacji nauczyciela-uczennicy 😉 Jednakże na drodze staje mu dawna miłość Christine i upór właścicieli opery, którzy wolą by role divy odkrywała bardziej doświadczona śpiewaczka. Przyznaje, że z początku nie czułam się przekonana do tego filmu, bo irytowała mnie niewinność Christine i typowo operowe sceny. Szybko jednak zmieniłam zdanie gdyż zarówno muzyka jak i gra aktorska oczarowują od początku do końca. Warto obejrzeć ten film chociażby, dlatego że nie każdego z nas stać (bądź zwyczajnie nie mamy ochoty) na wyprawę do opery 😉 A jest to coś, co powinien znać każdy.
Plus: Gerard Butler zaczarował mnie tą rolą tak silnie, że długo nie mogłam pozbyć się emocji, jakie wywołał. Był to chyba najseksowniejszy upiór wszechczasów XD Sporo naoglądałam się „tych złych” który zapierali dech w piersiach, ale dla żadnego tak bardzo nie straciłabym głowy jak dla Gerarda 😉 Na olbrzymi plus zasługuje fakt, że zarówno on jak i Emmy Rossum (mająca zaledwie szesnaście lat) śpiewają sami, nikt za nich nie dubluje. Emmy co prawda szkoliła się w temacie, ale Gerard stwierdził jedynie że „śpiewa w życiu” co oznacza że robi to tak jak każde z nas xD a mimo to spisał się w tej roli tak dobrze że nie mogę przestać słuchać tych piosenek w jego wykonaniu. Emmy śpiewa jak aniołek i choć czasem wchodzi na lekko brutalne dla uszu tony to nie sposób ująć jej umiejętności. Do tego jest zjawiskowo śliczna a chemia, jaka wytwarza się między nią a Gerardem niemal woła o konsultacje z prokuratorem XD Miłym zaskoczeniem była Miranda Richardson, która nie odgrywa tu wielkiej roli, ale jak zawsze gra z klasą i elegancją. Jednym słowem – warto.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17/06/2010 w + Obejrzane, - Melodramat, - Musical

 

Tagi: ,