RSS

Archiwum kategorii: – Romans

My Blueberry Nights (2007)

Powód: eevee mnie zmusiła XD no dobra, nie zmusiła, ale namówiła na wspólne oglądanie 😉
Diagnoza: Rozczarowanie miłosne skłania Elizabeth do ucieczki od dotychczasowego życia. Chcąc zapomnieć o złamanym sercu wyrusza w podróż po Ameryce. Spotkania z obcymi i całkowicie innymi niż ona ludźmi, uczą ją życia i odmieniają ją tak, że wreszcie jest w stanie zrozumieć samą siebie. Powracają do mnie myśli towarzyszące mi przy opisywaniu Silk. Wiecie jak to jest dostać naprawdę pięknie zapakowany prezent, który wewnątrz opakowania okazuje się skarpetkami? Są tacy, którzy lubią skarpetki ot chociażby ja, te długie i koniecznie w paski ;P ale większość mimo wszystko czułaby się zawiedziona złudnym opakowaniem. Wiem, że Kar Wai jest wielkim reżyserem, którego cenią ludzie na całym świecie, wiem to nie od dziś. Zaznaczę już na samym początku, iż film jest bezbłędnie nakręcony i same obrazy jako takie są piękne i warte zobaczenia. Jednakże pod przykrywką tych pięknych obrazów kryją się skarpetki. Nie ma tam nic, zupełnie nic. Ot historyjka zupełnie nie warta ekranizacji i momentami zalatująca niemiłosierną nudą. Kilka razy mało nie zasnęłam gdyż na ekranie zwyczajnie nic się nie działo. Nie chce tu wyjść na jakąś kompletnie nie czułą na sztukę. Doceniam to, że film był artystycznie przedstawiony, mało takich pozycji, które nakręcone w ten sposób spotkałyby się z szerszym zainteresowaniem. W przypadku tego filmu zainteresowanie wynika zapewne z obecności Jude Law’a, Rachel Weisz, Natalie Portman i oczywiście debiutu aktorskiego Nory Jones. Wyczytałam, że zarówno reżyser jak i Norah nie lubią placka jagodowego, ja jestem na jagody uczulona. Dlatego też nie robiły na mnie wrażenia pogadanki o żarciu. Nie robił na mnie wrażenia sztuczny dramat, który był suchy do bólu i momentami bolały mnie uszy od tego, że brakowało dźwięku tam gdzie dźwięk powinien być. Ale to, co boli najbardziej to fakt, iż pod tą piękną, artystyczną przykrywką nie ma żadnego przesłania. Oglądałam wiele takich filmów i każdy z nich miał coś do powiedzenia. Coś przekazywał, jakkolwiek w dość ciężki i nie dla każdego przystępny sposób. Tutaj jedynym przekazem jest to, że.. no tak, nie chce zdradzać treści 😉 W każdym razie treść jest płytsza niż moja wanna 😉 Jeśli ktoś lubi piękne kolorystycznie filmy, w których każda klatka wydaje się dopracowanym do perfekcji obrazem to jest to film dla niego. Ale poza ładnymi aktorami i wyszukaną kolorystyką znajdziecie tu, co najwyżej wyjątkowo jak dla mnie odpychający motyw jagód. Smacznego.

 
4 komentarze

Opublikował/a w dniu 04/08/2010 w + Obejrzane, - Romans

 

Tagi: ,

Persuasion (2007)

Powód: W tym roku sięgnęłam po ten film drugi raz, ale zarówno w tym jak i wcześniejszym przypadku oglądałam go z mamą – fanka Jane Austen 😉
Diagnoza: Ekranizacja powieści Jane Austen o tym samym tytule. Anne Eliot ma już dwadzieścia siedem lat, co czyni ją starą panną i niezbyt chętnie braną pod uwagę partią. Choć pochodzi z arystokratycznej rodziny nie jest skora do ożenku z przedstawianymi jej kawalerami. W wieku dziewiętnastu lat zakochana z wzajemnością w kapitanie Fredericku Wentworh marzyła o tym by móc wyjść za niego za mąż jednakże nie spotkało się to z aprobatą jej rodziny, która wymogła na niej zerwanie zaręczyn. Kiedy po ośmiu latach ich drogi znów się krzyżują, kapitan jest już osobą o wiele bardziej majętną i wręcz pożądaną przez młode panny jako kandydat na męża. Choć uczucie między nim a Anne odżywa na nowo, jest zbyt dumny by przyznać się do tego otwarcie. Anne z bólem odczuwa chłód ukochanego mężczyzny jednakże to jeszcze silniej zachęca ją do buntu przeciw obowiązującym ją od urodzenia konwenansom. Za pierwszym podejściem film ten nieszczególnie mnie zachwycił. Wynikało to zapewne z przesytu ekranizacji książek Jane Austen. W ostatnich latach wyszło ich całkiem sporo, zwłaszcza tych telewizyjnych. Drugie podejście jednakże, było o wiele przyjemniejsze. Od razu zaznaczę, iż nie czytałam książki także ciężko jest mi powiedzieć czy aktorzy są dobrze dobrani to ich pierwowzorów. Mogę jedynie ocenić ich dobór do roli i wydają mi się idealni. Zwłaszcza Rupert Penry-Jones oczarowuje swoim zaskakująco przystojnym obliczem 😉 Cała historia jest dość prosta i jak to bywa w przypadku pani Austen, smutna. Ja jako osoba zupełnie nie romansowa zwykłam nazywać tego typu problemy sztucznymi. Film jednak wyjątkowo realistycznie ukazuje nam, iż realia były takie a nie inne, dlatego też kupujemy te historię. Nawet taka zagorzała przeciwniczka tych dziwacznych konwenansów wzruszyłam się na tym filmie a to już duży plus 😉 Wciąż byłam zbulwersowana niesprawiedliwością tamtych czasów, ale to także zaleta filmu – iż tak silnie mnie wciągnął, że byłam w stanie bulwersować się na coś, co w tym wypadku było wyłącznie fikcją. Jak zwykle kostiumy i zdjęcia oczarowują widza a odpowiednio dobrana muzyka pomaga we wzruszeniu. Z tych najnowszych telewizyjnych ekranizacji ta wydaje się być jedną z lepszych głównie dzięki grze aktorskiej oraz temu, iż aktorzy nie mają zbyt współczesnego typu urody. Przywykłam do tego, iż panowie w ekranizacjach książek Austen nie są jakoś szczególnie urodziwi. Dlatego też Kapitan Wentworth był wyjątkowo dobrze wyszukanym smaczkiem. Poza urodziwą twarzą świetnie odgrywał targające nim wewnętrznie emocje, co wyjątkowo przypadło mi do gustu. Nawet, jeśli nie jest się fanem dzieł pani Austen sądzę, że film ten powinien się spodobać każdej fance romansów kostiumowych. Oczywiście tego romansu jest tu tyle, co między słowami, ale takie właśnie bywają najpiękniejsze 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 02/08/2010 w + Obejrzane, - Dramat, - Kostiumowy, - Romans

 

Tagi: ,

Eclipse, The (2010)

Powód: eevee wpadła do mnie w odwiedziny a że obie czytałyśmy książki.. (ja to nawet przez nią XD).
Diagnoza: Bella staje przed życiowym wyborem. Kocha Edwarda i pragnie jedynie pozostać przy jego boku na wieczność. Wiąże się to z koniecznością przemiany, o której marzy. Jednakże ukochany nie podziela jej zdania w tej kwestii i stawia jeden wymóg, któremu Bella nie czuje się na siłach sprostać. Jakby tego było mało przyjdzie jej wybierać między miłością do Edwarda a przyjaźnią z Jacobem, który nie pała do tego pierwszego zbyt wielką sympatią zaś posiada poparcia ojca Belli, obrażonego na Edwarda za to, do jakiego stanu doprowadził jego córkę poprzednio. Kiedy media zaczynają donosić o tajemniczych morderstwach w okolicy, Bella zdaje sobie sprawę, iż dawne zagrożenie wróciło i znów przyjdzie jej stawić czoła śmiertelnemu niebezpieczeństwu. Byłam w lekkim szoku. Fakt, nie zabrakło i w tej części żenujących momentów, na których po sali rozchodził się śmiech. Ale ogólnie rzecz biorąc była to najlepsza ze wszystkich dotychczasowych ekranizacji. Na największy plus zasługuje odstawienie wątku romansowego na dalszy plan. Wreszcie mamy okazje pooglądać trochę tego, co w tej serii (bynajmniej dla mnie) najciekawsze. Konflikt pomiędzy sforą a wampirami, czysta nienawiść miedzy Jacobem a Edwardem i krwawa zemsta Victorii. O tak, to nie były stracone pieniądze. Przyznam, że w niektórych scenach ataków miałam gęsią skórkę a to już coś 😉 Zarówno efekty specjalne jak i krajobrazy pięknie uzupełniały to, czego tak bardzo brakowało w poprzednich częściach. Wątek romantyczny zaś został przedstawiony w takiej znośnej formie, że nawet męska część widowni nie przysypiała. Słowem – oklaski. Gdybym była złośliwa powiedziałabym, że można było tak od samego początku a nie dopiero teraz 😉 Godzę się jednak ze świadomością, iż poprzednie części zwyczajnie nie dawały zbyt szerokiego pola do popisu. Tu pani Meyer postawiła na akcje i to też w kinie nam dano. Jestem pewna, że jeśli ktoś nie czytał książki nie czułby się na tej części szczególnie poszkodowany. Nie jest to, co prawda jakieś strasznie wielkie kino, ale pierwszy raz nie czułam zażenowania faktem, iż udałam się na to do kina 😉 Polecam tym, którzy lubią romansowe horrory, choć ciężko to tak do końca nazwać horrorem, ale powiedzmy, że 😉
Plus: Po pierwsze musze się przyznać, że razem z eevee płakałyśmy ze śmiechu w niektórych momentach. Ba, nawet było coś takiego, co sprawiło, że zacięłam się na dwie minuty nie mogąc powstrzymać chichotu XD Seans zaowocował w moje stwierdzenie, iż z trójkąta w namiocie powinno powstać husky XD I określenia eevee na pociąg Belli do Edwarda – snowfilia XDD Taaa, poszłyśmy na horror/romans po to żeby pośmiać się za miesiąc czasu 😉 No cóż, tak to bywa w doborowym towarzystwie 😀 Nie chce nikomu psuć treści, jeśli jeszcze nie oglądał, ale trafiają się tam takie smaczki, przy których nawet zatwardziały przeciwnik tej serii uśmiechnąłby się półgębkiem ;P Jak już wspomniałam powyżej mamy tu o wiele lepsze efekty specjalne (choć mi osobiście nie podobało się to, że wampiry pękały jak porcelana..), zachwycające widoki i wartką akcje. Osobiście składam gorące podziękowania temu, kto postanowił nie pozbawić mnie trójkąta w namiocie gdyż gorąco liczyłam na ekranizacje tej sceny. Nie czuje się zawiedziona, płakałam ze śmiechu tak samo mocno jak podczas czytania ;D Kristen Stewart nadal prezentuje uczucia na poziomie worka ziemniaków, choć przyznaje, że jest już ciutke lepiej niż tragicznie 😉 Taylor Lautner momentami przerażał mnie swoimi gabarytami.. A Jackson Rathbone w roli Jaspera urzekł mnie tak samo jak podczas czytania tej części 🙂 Mówię szczerze, nie żałuje, że na to poszłam ;D

 
4 komentarze

Opublikował/a w dniu 15/07/2010 w + Obejrzane, - Horror, - Romans

 

Tagi: ,

New Moon, The (2009)

Powód: Zasada drugiej szansy 😉 W moim przypadku byłam na tej części w kinie, eevee oglądała z koleżanką w domu. Obie nie byłyśmy zachwycone 😉
Diagnoza: Bella i Edward stanowią dość dziwaczną parę. Wszak chłopak jest wampirem, któremu z trudem przychodzi opanowanie instynktu w bliskości z ukochaną. Mimo to oboje przykładają starań do tego by ich związek trwał. Niestety przyjęcie urodzinowe Belli zorganizowane przez Alice owocuje w pewien wypadek, który z kolei otwiera Edwardowi oczy na rozmiar zagrożenia, przed jakim stoi Bella w jego obecności. Edward podejmuje konieczną w jego przekonaniu decyzje, która odmieni życie Belli i zaprowadzi nad przepaść smutku. Wkrótce Bella odkryje nową przyjaźń w swoim życiu i dojrzewając emocjonalnie zrozumie, czego tak naprawdę pragnie. W tym wypadku na moją ocenę również podziałał wpływ towarzystwa. Za pierwszym podejściem zaciągnęłam na to mojego mężczyznę, co zakończyło się jedynie tym, że kilka razy spojrzeliśmy na ekran a resztę filmu spędziliśmy na gadaniu bądź przysypianiu 😉 Miało też znaczenie to, iż jest to bezsprzecznie najgorsza ze wszystkich części. Tym razem jednak odniosłam wrażenie, że niesprawiedliwie oceniłam ekranizacje. Fakt, treść, jaka jest taka jest. Autorka tak to napisała i niestety trzeba się z tym pogodzić. Jednak ekranizacja zgrabnie wygładza niektóre przesady pani Meyer i podkreśla to, co ciekawsze żeby widzę całkiem nie poddał się i nie udał w ramiona Orfeusza 😉 Jacob nagle rośnie nam w oczach, Bella wciąż nie potrafi okazywać emocji (co w sumie w jej stanie może i jest dobre, bo strach się bać jakby odegrała to co było w książce z emocjami ;P), zaś Edwarda przez większość filmu nie ma. Ciężko jest mi powiedzieć jak poczuje się na tym filmie osoba, która nie czytała książki. Począwszy od tego, że niewiele się w tej części dzieje a kończąc na tym, że nawet jak się dzieje to jest to raczej smętne. Ot cierpienia młodej Belli która wypina się na wszystko i wszystkich, bo oh tak jej źle. Jeśli zaś chodzi o resztę to cóż, można obejrzeć, widywałam gorsze filmy 😉 ale arcydzieło to bez wątpienia nie jest.
Plus: Znów przyssam się do ścieżki dźwiękowej. Wiem to smutne, że to właśnie jest najlepszą częścią tej ekranizacji, ale to naprawdę nie moja wina 😉 Oczywiście na największe oklaski zasługuje New Moon (The Meadow) Alexandra Desplat, które podziałało na mnie tak fazująco, że całą część trzecią i czwartą czytałam słuchając tylko tego utworu 😉 Ale jest też Meet Me on the Equinox w wykonaniu Death Cab for Cutie czy Satellite Heart Anyi Mariny, jednym słowem – warto. Na oklaski zasługuje też ekipa odgrywająca Volturi. Klimat był naprawdę dobry i gdyby tylko dano im szanse pozostać na ekranie nieco dłużej być może wynagrodziłoby to wcześniejsze męki towarzyszące nam w trakcie obserwacji cierpiącej po zerwaniu nastolatki. Dakota Fanning po prostu fantastyczna. Pokochałam ją po roli Lucy w I am Sam i z czystym sumieniem stwierdzam, że jest coraz to lepsza, jeśli idzie o okazywanie emocji bądź ich złowieszczy brak 😉 Miłym akcentem był też Michael Sheen 🙂 A największą niespodzianką Jamie Campbell Bower. Pamiętam jak oglądając Sweeney Todd mówiłam, że chłopak byłby wymarzonym wampirem 😉 Najwyraźniej nie tylko ja to zauważyłam 😛 Z zabawnych komentarzy podczas seansu – eevee zastanawiała się jak świeci się czarnoskóry wampir XD cóż, nie było nam dane zobaczyć, a szkoda ;D

 
4 komentarze

Opublikował/a w dniu 15/07/2010 w + Obejrzane, - Horror, - Romans

 

Tagi: ,

Twilight (2008)

Powód: Po powrocie z kina z Eclipse postanowiłyśmy z eevee obejrzeć początek ;P
Diagnoza: Siedemnastoletnia Bella Swan przeprowadza się do deszczowego miasteczka Forks. Początek w nowej szkole nieco ją przerażę gdyż nie jest zbyt towarzyską osobą. Do tego najprzystojniejszy chłopak w szkole Edward Cullen zdaje się żywić do niej urazę choć ona nie zamieniła z nim nawet słowa. Chłopak jest niezwykle pociągający i tajemniczy, przez co Bella uparcie stara się rozgryźć jego tajemnice. To, czego się dowie wkrótce odmieni całe jej życie oraz narazi na śmiertelne niebezpieczeństwo. Ujmę to tak, oglądając to z osobą, która czytała książkę i można było porzucać trochę żaluzji, co do treści, odebrałam film znacznie pozytywniej niż za pierwszym podejściem. Jakkolwiek nadal jestem zdania, iż Kristen Stewart gra tu niczym worek ziemniaków (jej emocje są nawet nie minimalne a wręcz ujemne), zaś Robert Pattinson stara się, ale wychodzi mu to raczej bokiem. Momentami odnosiłam wrażenie, że coś go boli, choć może to było efektem zamierzonym, nie wiem. Efekt w każdym bądź razie jest dość mierny. Nie dziwie się, że osoby, które poszły na ten film do kina nie czytając książki, czuły się mocno zawiedzione. Jest to dość mierna ekranizacja, spójrzmy prawdzie w oczy. Niektóre rzeczy dzieją się zwyczajnie za szybko i dość nienaturalnie. Ot chociażby miłość, Belli do Edwarda pojawia się z nikąd i jakby nie przeczytało się tych 60 stron opisu jak do tego doszło to można by się poczuć nieco zagubionym 😉 Choć poboczni aktorzy starają się jak mogą to główna para nie popisuje się zbyt rozwiniętymi umiejętnościami. Jak to zauważyła eevee, Bella przez cały film ma albo otwarte usta albo zagryza wargę. Jest to, co najmniej denerwujące i można się poważnie zastanowić nad tym czy z tą dziewczyną, aby wszystko jest w porządku. Ogólnie jednak, żeby nie jechać tak po całości, można to obejrzeć. Chociażby ze względu na to, że wszyscy o tym gadają i dobrze by nie pozostawać ignorantem jak ja XD Drugim powodem może być niecodzienność treści. Wszak romansów z wampirami nie mamy na ekranie zbyt wiele, więc lepsze to niż nic 😉 Szkoda tylko, iż nie można tego polecić nikomu, kto ukończył gimnazjum gdyż przy pomyślnych wiatrach spojrzy na nas jedynie z politowaniem 😉
Plus: Ścieżka dźwiękowa. Za pierwszym razem spodobało mi się jedynie Supermassive Black Hole, ale zaopatrzyłam się w cały soundtrack. Tym razem oglądając wyłapywałam swoje ulubione kawałki i musze przyznać, że wpasowywały się w obraz idealnie. Szczycę się tym, iż oglądając to teraz zauważyłam panią Meyer zamawiającą sałatkę XD Cóż wcześniej chyba nawet nie wiedziałam jak wygląda 😉 Postać Alice grana przez Ashley Greene jest fenomenalna. Miała tą przyjemność (tak sądzę xD) czytać książkę bez wizualizacji filmowej i musze przyznać, że Ashley to wypisz wymaluj Alice. Poza nią ciężko znaleźć tu jakieś pozytywy. Wracając jeszcze do sountracka, sprawa wyjaśniona mi przez spostrzegawczą eevee ;D Jeśli zastanawialiście się gdzie w tym filmie leci piosenka Linkin Park to wyjaśnienie od mojej drogiej kuzynki – na napisach 😉 tak samo sprawa się ma z Paramore ;P Nie polecam tego filmu męskiej części moich czytelników, wynudzicie się do granic możliwości. Żeńskiej zaś mam do powiedzenia jedynie tyle, że wszystko jest kwestią podejścia i towarzystwa podczas seansu. Może być miło, jeśli przez pół filmu pokładasz się ze śmiechu komentując chłodzące właściwości Edwarda, który mógłby w lecie robić za klimatyzacje XD

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 15/07/2010 w + Obejrzane, - Horror, - Romans

 

Tagi: ,

He’s Just Not That Into You (2009)

Powód: Jennifer Aniston, Scarlett Johansson, Drew Barrymore, Ben Affleck i Bradley Cooper.
Diagnoza: Film opowiada historie kilkorga ludzi połączonych ze sobą w mniejszym bądź większym stopniu. Każde z nich boryka się z problemami w związku bądź trudnością na nawiązanie takowego. Podstawowym dążeniem jednak jest odnalezienie szczęścia u boku tej właściwej osoby. Nie skupiając się na jednej formie mamy tu znudzone małżeństwo okłamujące się, że wcale nie jest tak źle. Właściwie to robi się naprawdę źle dopiero, kiedy on spotyka kogoś innego. Z kolei jego obiekt westchnień jest obiektem westchnień kogoś innego i ma przyjaciółkę, która próbuje szczęścia w miłości przez kontakty internetowe. Zaś przyjaciel zdradliwego męża żyje z kobietą, którą bardzo kocha, ale nie chce ślubu. Ona za to pracuje z dziewczyną, która jest w stanie znieść wszystko byleby tylko w końcu znaleźć kogoś, kto się nią zainteresuje. Nawet przyjąć porady od faceta, który bez ogródek mówi jej „Jakby chciał zadzwonić to by zadzwonił”. Długo nosiłam się z tym filmem, bo choć z początku miałam wielką ochotę go obejrzeć, widziałam jedynie bardzo niskie opinie na jego temat. W końcu jednak skusiłam się i zrozumiałam, czemu nie każdemu się spodobał. Jeśli szuka się taniej rozrywki bądź bajkowych związków i śmiesznych gagów to tu ich zwyczajnie nie ma. Jest to raczej film do przemyślenia, choć nie brak mu tanich zagrywek. Pierwsze, co poraziło mojego oczy (w pozytywnym sensie) to głupota kobiet, jaką ten film porusza. Sądzę, że w Polsce film ten nie odnalazł zbyt wielkiego zrozumienia ze względu na to, że nie jesteśmy tak niepoprawnymi optymistkami. Fakt, od małego wmawia się nam, że jak chłopiec nas popycha albo wyzywa to pewnie mu się podobamy jednakże polki, z natury pesymistki, nie przekładają tego na dorosłe życie (no chyba, że są wyjątkowo zaślepione). Nie znam dziewczyny/kobiety, która by sobie wmawiała, że jak facet nie dzwoni to pewnie miał wypadek, zwykle zakładają tą najgorszą opcje, ale na 80% prawdziwą – nie dzwoni, bo nie chce dzwonić. Film ten opowiada o tym jak kobiety się okłamują dla poprawy samopoczucia, bądź, jak kto woli wmawiają sobie pewne rzeczy by móc iść dalej z podniesioną głową. I choć było to momentami smutne to jednak jest w tym olbrzymie ziarno prawdy. Wszystkie sytuacje, które tu oglądamy i bohaterzy pokazują nam jak sami sobie potrafimy wmawiać rzeczy, który zwyczajnie nie ma, i do czego to prowadzi. Nie polecam tego filmu ku rozrywce, bo choć uśmiechnęłam się parę razy to jest bardziej smutny niż śmieszny. Najbardziej poruszyła mnie historia Gigi , pomimo jej całkowitego zaćmienia umysłowego 😉
Plus: To, że film ten porusza taką tematykę jest dość ciekawym zjawiskiem. W obecnych czasach większość kobiet, goniący za karierą, mężem, rozpaczliwie pragnących stabilizacji, wmawia sobie tak wiele, że gdyby ktoś wypisał przed nimi wszystkie te kłamstwa, misternie ustawiona wokoło nich wieża obronna upadłaby pozostawiają za sobą jedynie gruz. Wątpię też by film ten dotarł do tych, do których dotrzeć powinien, bo zwyczajnie powiedzą sobie „Mnie to nie dotyczy”. Mimo to miło spędziłam czas oglądając go, bo wreszcie ktoś ośmielił się poruszyć temat, który nie niesie za sobą jedynie rozrywki i sprawia, że zaczynamy myśleć.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 03/07/2010 w + Obejrzane, - Dramat, - Komedia, - Romans

 

Tagi: ,

Time Traveler’s Wife, The (2009)

Powód: Spodobał mi się plakat 😉
Diagnoza: Henry spotyka Clare w bibliotece i choć wydawałoby się, że jest to przypadek a dziewczyna dla niego jest zupełnie obca, nie jest to ich pierwsze spotkanie. Co więcej Clare kocha go i wie, że to właśnie on jest tym jedynym. Wyjaśnieniem jest to, iż Henry podróżuje w czasie. Byłoby to niesamowitym darem gdyby nie fakt, że nie posiada on nad tym żadnej kontroli. Nie wie, kiedy to się stanie ani gdzie go przeniesie, a co najważniejsze nie ma pojęcia, kiedy wróci. Choć oboje darzą się wielkim uczuciem i Clare stara się wspierać swojego ukochanego, życie z mężczyzną, który w każdej chwili może zniknąć nie jest takie proste. Od dłuższego czasu nosiłam się z tym filmem. Bodajże na jesień zeszłego roku, udałam się do Taniej Książki by porobić to, co lubię najbardziej – wyszukać ciekawe i tanie książki. Jeśli się wie, kiedy przyjść, można tam trafić na istne perełki. Książkę pani Audrey Niffenegger zakupiłam zupełnie przypadkiem. Ot tytuł przyciągnął mój wzrok, szybki rzut oka na opis i wrzuciłam do koszyka. Książka wylądowała na półce, na stosie „do przeczytania”, ale zanim do niej dobrnęłam, film trafił do kin. Teraz książka czeka już niecierpliwie na swoją kolej gdyż film bardzo przypadł mi do gustu. Początek wydał mi się nieco za szybki, zbyt pogmatwany i dziwaczny. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że tak właśnie musi być ze względu na poruszaną tematykę 😉 Zwykle film z czynnikiem „magicznym” przyciągają do siebie stada „znawców”, którzy doszukują się błędów, niedociągnięć bądź nierealności. To jednak nie jest fantasy, element podróży w czasie jest tu jedynie pobocznym dodatkiem i nie należy aż tak silnie zwracać na niego uwagi. Choć film należy obejrzeć do końca by w pełni zrozumieć i powiązać ze sobą wszystkie sznureczki fabuły, skutecznie utrzymuje naszą uwagę. Związek Henryego i Clare nie jest zwyczajnym związkiem a mimo to starają się nadać mu tyle normalności ile tylko są w stanie. Oglądanie ich zmagań z losem jest wciągające i momentami wzruszające. Brak w tym filmie głupoty, śmieszności. Za to mamy ciepło i oddanie, to co sprzedaj się gorzej (ze względu na powagę) ale jest o wiele lepsze. Pominę już prosty fakt, że dramaty wnoszą więcej do naszego życia niż komedie. I choć oba gatunki są czasem potrzebne to jednak przesyt tych drugich sprawia, że chętniej sięga się po te pierwsze. Ten film utrzymał moją pełną uwagę od samego początku aż po ostatnią scenę i polecam go każdemu, kto lubi się odrobinę wzruszyć i zatrzymać na chwilę.
Plus: Choć z początku gra Rachel McAdams strasznie mi się nie spodobała (wręcz skojarzyła mi się z upośledzoną emocjonalnie Bellą w filmowych Zmierzchu) to należy to chyba zrzucić na scenariusz. Później jest już o wiele lepiej i wraz z Eric’em Bana tworzą piękną parę. Podobało mi się to, że historia ta nie ma prostej fabuły, to, że należy się skupić by zrozumieć, do czego to wszystko zmierza. Nie przewidziałam też końca a to w mojej ocenie wielki plus. Rozmowa z matką była jak dla mnie najbardziej wzruszającą sceną filmu, ale to tylko ja 😉 Do tego brak typowo hollywoodzkich wygładzeń była dodatkowym smaczkiem. Z początku można nie zrozumieć motywów postępowania bohaterów jednakże należy im zaufać, wszak oglądamy to od tyłu 😉

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 03/07/2010 w + Obejrzane, - Dramat, - Romans, - Sci-Fi

 

Tagi: ,