RSS

Archiwum kategorii: – Sci-Fi

Timeline (2003)

Powód: Gerard Butler oczywiście 😉
Opis: Film na postawię powieści Michaela Crichtona o tym samym tytule. Czwórka studentów historii i archeologii pracujących dla swojego promotora profesora Edwarda Johnstona zostaje uwikłana w sprawy tajemniczej korporacji ITC. Po zniknięciu profesora stają się idealnymi kandydatami na stanowisko ekipy ratunkowej. Idealnymi gdyż profesor został przetransportowany do czternastowiecznej Francji, okresu, nad którym pracowała jego grupa badawcza. Przy pomocy urządzenia skonstruowanego przez ową organizacje, syn v oraz grupa jego przyjaciół decydują się udać w ślad za profesorem. Okazuje się to jednak trudniejsze niż sądzili. Fantastyczna przygoda zamienia się w koszmar, kiedy okazuje się, iż jest to dokładnie ta noc, której Anglicy zdobyli Francuską twierdze mordując wszystkich na swojej drodze.
Diagnoza: Nie spodziewałam się po tym filmie zbyt wiele a jednak mnie zaskoczył. Tyle, że niekoniecznie do siebie przekonał 😉 Niby wszystko fajnie, interesujący temat, dobra obsada, wartka akcja, ale.. Czegoś zwyczajnie brakuje. Przede wszystkim nie spodobała mi się „dokumentalność” w kręceniu. Za dużo osób mówi na raz, przez co nie odczuwa się, iż jest to film a ponad wszystko ciężko jest się skupić na poszczególnych osobach. Do tego odniosłam nieprzyjemne wrażenie, iż nie było w tym filmie żadnej muzyki. Zapewne była, ale zwyczajnie nie wpadła mi w ucho nie wspominając już o zapadnięciu w pamięć. Do tego aktorzy nieszczególnie się popisali. Główna postać, Chris Johnston (Paul Walker) jest kompletnie płaska. Nie wybija się ponad resztę i bez urazy dla aktora, ale jest zwyczajnie bezpłciowy. André Marek (Gerard Butler) to jest tu chyba najbardziej wyrazisty, ale też się szczególnie umiejętnościami aktorskimi nie popisuje. Prywatne przemyślenia nasunęły mi wizję, iż Gerard spieszący na ratunek białogłowy to całkiem ciekawy widok ;D ale jest to całkowicie prywatna myśl, którą raczej trudno uznać za plus dla filmu 😉 Sam pomysł brzmi naprawdę intrygująco i jest to kolejna książka na mojej liście „Do wyszukania w bibliotece albo taniej książce”. Realizacja jednak pozostawia wiele do życzenia. Pomijając już to, co napisałam powyżej dochodzi jeszcze brak napięcia. Jakoś tak niespecjalnie czułam się zainteresowana rozwojem akcji i w większości przewidziałam jej przebieg. Można to zwalić na fakt, iż sporo filmów w życiu obejrzałam, ale i też scenariusz niczym szczególnym się nie wyróżnia. Rola Michaela Sheena jak zwykle zasługuje na oklaski, bo od momentu, w którym się pojawia przynajmniej można się nacieszyć jako takim aktorstwem 😉 Nie wiem, na czym polega największy błąd tego filmu i ciężko jest mi określić, co można by zmienić by był dobry, bo jest tego zwyczajnie za dużo. Nie jest zbyt poważny ani zbyt infantylny i obejrzeć można (choć głównie przez sympatie do aktorów) jednak można było się bardziej postarać i zrobić z tego coś naprawce dobrego. Pozostaje mi jedynie zapoznać się z wersją książkową a wtedy będę mogła ocenić całokształt 😉 Tak czy siak polecam jedynie jako zapychacz na wieczór. Z przemyśleń prywatnych, nie pogardziłabym André oj nie pogardziła 😀

 
4 komentarze

Opublikował/a w dniu 22/08/2010 w + Obejrzane, - Przygodowy, - Sci-Fi

 

Tagi: ,

X-Men 4: Origins – Wolverine (2009)

Powód: Część czwarta.
Diagnoza: Co by nie popsuć przyjemności z oglądania powiem jedynie, że tym razem poznajemy historie Wolverine. Zarówno jego pochodzenia jak i początkowe próby odnalezienia swojego miejsca na świecie jako mutant. Wahanie pomiędzy przyjęciem jednaj ze stron, dobre czy złej. Oraz ostateczne wyjaśnienie sprawy z Williamem Strykerem. Czy już mówiłam, że nie lubię iść za tłumem? Ludzie masowo linczują ten film za to, że niby beznadziejny, że niby wszystko psuje i blabla. A ja się nie zgadzam. Nie i już. Co więcej powiem, że była to moim zdaniem najlepsza ze wszystkich czterech części. Dlaczego? Już wyjaśniam. Po pierwsze nie skupiła się aż tak bardzo nad sprawą mutanty vs ludzkość. Owszem, są w niej mutanty, ale nie jest to ani powodem do dylematów ani też najważniejszą w filmie kwestią. Historia Wolverine jest delikatnie mówiąc nieco brutalna i podziwiam producentów, że zadbali o to by nie była zbyt krwawa. Choć jeśli mam być szczera nie polecam zabierania na to swoich pociech. Trup się tu jednak ściele gęsto. Sam fakt, że żadne z przedstawionych mutantów nie ma jakiś super wypasionych nowoczesnych gadżetów jest dużym plusem. Zawsze byłam zwolenniczką prostszych rozwiązań. Do tego główny motyw sporu i kontrastu między braćmi wyjątkowo intrygujący. Po części wynika to z mojej sympatii do obu aktorów, ale nie można im ująć umiejętności. Obaj grają świetnie a agresja między nimi dodaje pikantnego smaczku 😉 Ogólnie obsada jest dobrana świetnie a efekty nie dość, że mroczne to jeszcze wyjątkowo dopracowane. Nie zgadzam się z opinią, że jest gorzej niż w poprzednich częściach, bo tam była taka masa błędów, że przy tej części mogą się zwyczajnie schować. Największym jednak atutem części czwartej jest jej dojrzałość. Brak tu buntujących się dzieci i walki dobra ze złem. Jest zwyczajna sensacja okraszona wyjątkowymi umiejętnościami bohaterów, ot wszystko.
Plus: Fakt, że można tą część oglądać bez pozostałych. To, że stanowi w pewnym sensie odrębną historie, która nie ma wpływu na te poprzednie. Owszem, jest ciekawostką, jeśli ktoś polubił postać Wolverine i chce się koniecznie dowiedzieć jak to z nim było, ale jak już powiedziałam, jeśli nie widzieliście poprzednich części i was do nich nie ciągnie, ta stanowi osobny segment, po który polecam sięgnąć. Jeśli potraktujemy to jako film sensacyjny to nikt nie poczuje się zawiedziony. Zgadzam się, są tu błędy. Począwszy od tego jak Wolverine wyciąga z ofiar szpony jak z masła, Williamowi Strykerowi zmienia się kolor włosów zależnie od ujęcia a kończąc na samozamykających się ustach trupa :p Ale takie wpadki zdarzają się w każdym filmie, nie ma produkcji doskonałych. Przede wszystkim na największe oklaski zasługuje obsada. Zarówno Hugh Jackman jak i Liev Schreiber grają bardzo dobrze. Zwłaszcza ten drugi, który urzekł mnie swoimi ząbkami ;D wiem, miały być straszne, ale ja jestem niereformowalna XD Do tego Dominic Monaghan za którym zdążyłam się już stęsknić, od kiedy bezczelnie zabili mi go w Lost (moja ulubiona postać). Daniel Henney , który prawdę powiedziawszy w koreańskich filmach mówi z tak żałosnym akcentem, że spodziewałam się żenady a tu pozytywne zaskoczenie 😉 No i Ryan Reynolds oraz Kevin Durand , którzy też spisują się niczego sobie. Polecam tą część każdemu, kto lubi dobrą sensacje, pozbawioną tanich wzruszeń za to soczystą na tyle by oglądać ją momentami na wdechu 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 04/07/2010 w + Obejrzane, - Akcja, - Sci-Fi

 

Tagi: ,

X-Men 3: The Last Stand (2006)

Powód: Część trzecia.
Diagnoza: Laboratorium pracujące nad genem mutującym wynalazło lekarstwo odwracające ów proces. Każdy z mutantów ma teraz wybór, może przyjąć lek i stać się tak zwyczajny jak resztę śmiertelników i tym samym pozbyć się wiecznych obaw i alienacji. Jednakże nie każdy taki wybór chce mieć. Wszak nie wszyscy z nich czują się „odmieńcami” ba, czują się zupełnie normalni i uważają taką propozycje za obrazę. Po raz kolejny Charles Xavier i Magneto stają po przeciwnych stronach barykady. To musi się skończyć wojną. Zwłaszcza, że Magneto nie ma zamiaru siedzieć z założonymi rękoma i czekać aż władze ustalą, że „unormalnienie” mutantów jest sprawą konieczną… Zrobiło się mrocznie. Z początku obawiałam się, że po tym jak zakończyła się część druga nastąpi patos i smęcenie. Tak się jednak nie stało i dzięki wam producenci za to. Niestety jednak musze powiedzieć, że jest to najsłabsza ze wszystkich część. Ot chociażby, dlatego że pokazuje jakieś młodzieńcze bunty i miłostki, co być może trafiłoby do mnie gdybym miała lat naście a tak było zwyczajnie nudnawe.. Nie umniejszając jednak (bo to że film jest przeznaczony bardziej dla młodszej widowni nie znaczy, że jest zły) podobało mi się. Ot chociażby ze względu na to, że zrobiło się nieco bardziej dramatycznie. Kiedy przez dwie części wszystko toczy się dobrze i ci dobrzy wychodzą z sytuacji bez większego uszczerbku na zdrowiu prędzej czy później robi się zwyczajnie nudno. W filmach z herosami potrzeba trochę ofiar ot chociażby po to żeby potrząsnąć nieco widzem i przyciągnąć jego uwagę skutecznie. Jeśli by potraktować ten film w kategorii dla młodzieży to rozterki miłosne nie byłyby takie złe. W sumie to nie są jakoś szczególnie żenujące, ale dla dorosłego odbiorcy mogą się wydać ciutke romansowe, co nie oszukujmy się, nie pasuje w tego typu filmach. Sama alternatywa postawiona przed mutantami to dość ciekawy pomysł. Skłoniło mnie to do paru głębokich refleksji. Dodajmy do tego próbę przywrócenia na dobrą drogę tych, którzy zbłądzili i mamy dwie godziny rozrywki 😉
Plus: Jak już wspomniałam powyżej spodobał mi się motyw z lekiem na mutacje. Kiedyś oglądałam programy naukowe o prawdziwych osobach, które cierpią z powodu różnych okropnych chorób, które deformują ich ciała, twarze. Wstrząsnęło mną to, że prawie każdy z nich odmawiał operacji, która przywróciłaby im „normalny” wygląd. Pomyślałam jednak o tym od innej strony. Ja nie zgodziłabym się na operacje plastyczną, bo obawiałabym się, że stanę się kimś innym w lustrze, że nie zaakceptuje tej obcej mi osoby. Moje niedociągnięcia są moje i mam je, od kiedy pamiętam, nie chce oglądać nikogo obcego choćby nawet miał być ładniejszy. I choć brzmi to niewiarygodnie, że ludzie, którzy nie mają twarzy nie chcą jej odzyskać to najprawdopodobniej kieruje nimi podobne przekonanie, nie byliby już sobą. Dlatego też temat w tym filmie poruszony skłania do refleksji a to żadkie zjawisko w takim kinie 😉 Pojawiło się też nieco nowych postaci w tym znany między innymi z Lost Ken Leung 😉 Choć najciekawszy jest Kelsey Grammer w roli Hank’a McCoy, futrzak… XD Postać Jean Grey alias Dark Phoenix wygląda znacznie ciekawiej niż w poprzednich częściach 😉 Mroczna strona dodała jej sporo uroku :p Można, ale nie trzeba, dla tych, których wciągnęła historia 🙂

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 04/07/2010 w + Obejrzane, - Akcja, - Sci-Fi

 

Tagi: ,

X-Men 2 (2003)

Powód: Część druga.
Diagnoza: Kontynuacja losów bohaterów z części pierwszej. Wolverine wraca do szkoły po nieudanej próbie rozwiązania tajemnicy swojej przeszłości. W tym czasie prezydent Stanów Zjednoczonych zostaje zaatakowany przez tajemniczego mutanta posiadającego zdolność teleportacji. Rozpętuje to wojne z mutantami, które ów prezydent uznaje za realne zagrożenie. Choć Magneto za pomocą swojej wiernej Mystique udaje się zbiec z więzienia, nie on jest sprawcą owych wydarzeń. Dwa wrogie sobie do tej pory szczepy mutantów stają ramie w ramie przeciw Williamsowi Strykerowi, którego plan jest iście diaboliczny. Przyjęta zasada części drugiej mówi, iż zwykle jest gorsza od pierwszej. W tym przypadku można powiedzieć, że jest nawet lepsza. Bohaterowie nabrali nieco więcej wyrazistości, źli jednoczą siły z dobrymi przeciw wspólnemu przeciwnikowi, historia nabiera rumieńców. Do tego tam gdzie trzeba się wzruszyć nawet można się wzruszyć 😉 Fajnym zagraniem było też dodanie nieco młodszych bohaterów. Wszak w szkole powinny być jakieś ciekawe postaci o intrygujących umiejętnościach. Do tego sprawdzian postawiony przed Wolverine, kiedy to musi zdecydować czy stanie po stronie dobra czy też swojej, intrygujące 😉 Ogólnie ta część jest zwyczajnie lepsza przez to, że wiemy już więcej i nic nie dzieje się zbyt szybko i zbyt ogólnikowo. Tematy są lepiej dopracowane i nakreślają nam nieco mocniej zarysy przeszłości postaci. Jedyne, co mi się nie spodobało to wątki miłosne, bo są takie troszeczkę na siłę. Być może uczucie, jakim obdarzył Jean Wolverine było w komiksie czymś głębokim jednakże w pierwszej części w ogóle tego nie widać, poza oczywistym chamskim podrywem na zasadzie „hej mała” 😉 Aktorzy wrzucili też nieco na luz i nie zachowują się już tak pompatycznie jak w części pierwszej. No i lektor jest inny, dziękuje! 😀
Plus: Począwszy od wartkiej akcji, ciekawej historii i dających się lubić postaci aż po wzruszające zakończenie, mądre przesłanie i niezłe efekty specjalne. Tak jak w przypadku części pierwszej nie jest to film dla każdego. Jeśli nie przepadasz za super mocami, pomiń tą pozycje. Choć zaznaczam, że ja nie przepadam za tą tematyką a jednak bawiłam się wcale nieźle. Film jest po prostu lekki i przyjemny w odbiorze. Nie jest tu tak mrocznie jak w Batmanie i brak żałosnych romansów jak w Spidermanie. Taki o młodzieżowy filmek, na który można wybrać się z nastoletnim synem i nie usnąć 😉 Panie ucieszy wiadomość, że Hugh Jackam wygląda tak dobrze jak zwykle ;D A panowie nacieszą się widokiem Halle Berry i Famke Janssen prezentujących się tu całkiem całkiem 😉 Ciekawym smaczkiem jest obecność Rebecci Romijn-Stamos w jej ludzkiej formie ;D Ogólnie, na przyjemne zabicie czasu 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 04/07/2010 w + Obejrzane, - Akcja, - Sci-Fi

 

Tagi:

X-Men (2000)

Powód: Miałam ochotę na coś o nieskomplikowanej treści.
Diagnoza: Ekranizacja komiksowej serii o grupie mutantów obdarzonych zdolnościami paranormalnymi. Napiętnowani przez ludzi obawiających się ich mocy, ukrywają się nieczęsto opuszczając swoje rodziny. Bezpiecznym miejscem, do którego mogą się udać jest szkoła dla uzdolnionych dzieci profesora Charlesa Xaviera. Z pomocą wyszkolonych przez niego wcześniej mutantów, uczy dzieci jak panować nad ich zdolnościami. Jednakże jak łatwo się domyślić mutanci to też ludzie i targają nimi takie same emocje. Dlatego też znajdują się wśród nich tacy, którzy buntują się przeciw reżimowi „normalnych ludzi”, przyłączają się do Magneto, który pragnie unicestwienia ludzkości i opanowania świata przez mutanty. Walka pomiędzy gatunkami wisi w powietrzu. Zacznijmy od poważnego zgrzytu, jaki miałam podczas oglądania tego filmu i ostrzeżenia dla potencjalnie zainteresowanych. Nie oglądajcie tego z polskim lektorem. Załatwcie sobie dvd, od kogoś, z wypożyczalni.. ale nie oglądajcie z lektorem 😉 Pan miał tak pozbawiony jakichkolwiek emocji głos, że popsuł każdą scenę, która owych emocji wymagała. Do tego był zwyczajnie męczący dla uszu. No, ale nie jest to wina filmu, więc jedynie ostrzegam 😉 i już przechodzę do treści. Musze powiedzieć, że spodziewałam się czegoś gorszego. Nie to żebym była uprzedzona (jak niektórzy :p) ale zwyczajnie nie przepadam za filmami na podstawie komiksów a już zwłaszcza o superbohaterach. Cóż, kiedy byłam dzieckiem lubiłam komiksy, ale były to raczej Smerfy, Asterix, Hugo.. później Thorgal, Szninkiel. Nigdy nie kręciły mnie Supermany, Spidermany i inne tego typu twory. Dlaczego? Może dlatego, że jestem dziewczyną 😉 A może dlatego, że latający facet w czerwonych majtkach wydawał mi się bardziej śmieszny niż dzielny. Dlatego też nie chodzę do kina na te wszystkie ekranizacje, bo wynudziłabym się i co najwyżej naooglądała efektów specjalnych. Uznałam jednak, że może warto zobaczyć czy aby na pewno nic nie tracę i mój wybór padł na X-Men. Byłam zaskoczona tym, że nie było tak źle jak można by się tego spodziewać 😉 Po pierwsze i najważniejsze nie znam komiksów, więc nie interesowało mnie czy ekranizacja jest wierna oryginałowi czy też nie. Traktowałam to jako osobny twór i na tym się skupie. Zacznijmy od bardzo dobrej obsady. Kiedy człowiek widzi tych bądź, co bądź dobrych aktorów to myśli sobie, że to nie może być kicha, bo by przecież w tym nie zagrali. I być może to właśnie ich gra aktorska nadaje tej produkcji walorów, bo ogólnie to nie jest jakoś mocno porywająco. Sam ogólny pomysł jest fajny, nie przeczę. Wykonanie jest jednak trochę na chybcika jakby chcieli pokazać wszystko, ale nie bardzo był na to czas, więc z lekka przyspieszyli niektóre wydarzenia. niestety sceny, w których powinniśmy czuć wzruszenie są raczej śmieszne niż wzruszające, ale da się na to przymknąć oko. Sporo tu dobrego humoru – Wolverine pokazujący środkowy pazur, bezcen ;D szybkiej akcji i barwnych postaci. Jeśli nie lubicie takiego gatunku kina to pewnie się wynudzicie, ale jeśli jesteście otwarci na coś innego, ot tak dla odmiany, to zobaczyć można.
Plus: Nie będę się tu rozwodzić nad Hugh Jackman’em coby nie być posądzona o faworyzowanie ;P Aczkolwiek stanowi bardzo przyjemny widok 😉 Halle Berry z początku w ogóle nie poznałam… Ogólnie obsada, na której można oko zawiesić a i grająca na tyle dobrze by film podniósł sobie poziom. Jak już mówiłam spodobały mi się humorystyczne wątki, bo za dużo patosu w tego typu filmach sprawia, że zupełnie się do nich zniechęcam. Spodobało mi się w tym filmie to, że wciąga, ciekawi nas jak to się wszystko rozegra. Teoretycznie łatwo się domyślić, że dobro musi zwyciężyć nad złem, ale nie możemy mieć pewności, co stanie się po drodze. Zaraz po Wolverine moją ulubioną postacią była Mystique grana przez Rebecce Romijn-Stamos, ta to dopiero potrafi być zabójcza i seksowna w jednym 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 04/07/2010 w + Obejrzane, - Akcja, - Sci-Fi

 

Tagi:

Time Traveler’s Wife, The (2009)

Powód: Spodobał mi się plakat 😉
Diagnoza: Henry spotyka Clare w bibliotece i choć wydawałoby się, że jest to przypadek a dziewczyna dla niego jest zupełnie obca, nie jest to ich pierwsze spotkanie. Co więcej Clare kocha go i wie, że to właśnie on jest tym jedynym. Wyjaśnieniem jest to, iż Henry podróżuje w czasie. Byłoby to niesamowitym darem gdyby nie fakt, że nie posiada on nad tym żadnej kontroli. Nie wie, kiedy to się stanie ani gdzie go przeniesie, a co najważniejsze nie ma pojęcia, kiedy wróci. Choć oboje darzą się wielkim uczuciem i Clare stara się wspierać swojego ukochanego, życie z mężczyzną, który w każdej chwili może zniknąć nie jest takie proste. Od dłuższego czasu nosiłam się z tym filmem. Bodajże na jesień zeszłego roku, udałam się do Taniej Książki by porobić to, co lubię najbardziej – wyszukać ciekawe i tanie książki. Jeśli się wie, kiedy przyjść, można tam trafić na istne perełki. Książkę pani Audrey Niffenegger zakupiłam zupełnie przypadkiem. Ot tytuł przyciągnął mój wzrok, szybki rzut oka na opis i wrzuciłam do koszyka. Książka wylądowała na półce, na stosie „do przeczytania”, ale zanim do niej dobrnęłam, film trafił do kin. Teraz książka czeka już niecierpliwie na swoją kolej gdyż film bardzo przypadł mi do gustu. Początek wydał mi się nieco za szybki, zbyt pogmatwany i dziwaczny. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że tak właśnie musi być ze względu na poruszaną tematykę 😉 Zwykle film z czynnikiem „magicznym” przyciągają do siebie stada „znawców”, którzy doszukują się błędów, niedociągnięć bądź nierealności. To jednak nie jest fantasy, element podróży w czasie jest tu jedynie pobocznym dodatkiem i nie należy aż tak silnie zwracać na niego uwagi. Choć film należy obejrzeć do końca by w pełni zrozumieć i powiązać ze sobą wszystkie sznureczki fabuły, skutecznie utrzymuje naszą uwagę. Związek Henryego i Clare nie jest zwyczajnym związkiem a mimo to starają się nadać mu tyle normalności ile tylko są w stanie. Oglądanie ich zmagań z losem jest wciągające i momentami wzruszające. Brak w tym filmie głupoty, śmieszności. Za to mamy ciepło i oddanie, to co sprzedaj się gorzej (ze względu na powagę) ale jest o wiele lepsze. Pominę już prosty fakt, że dramaty wnoszą więcej do naszego życia niż komedie. I choć oba gatunki są czasem potrzebne to jednak przesyt tych drugich sprawia, że chętniej sięga się po te pierwsze. Ten film utrzymał moją pełną uwagę od samego początku aż po ostatnią scenę i polecam go każdemu, kto lubi się odrobinę wzruszyć i zatrzymać na chwilę.
Plus: Choć z początku gra Rachel McAdams strasznie mi się nie spodobała (wręcz skojarzyła mi się z upośledzoną emocjonalnie Bellą w filmowych Zmierzchu) to należy to chyba zrzucić na scenariusz. Później jest już o wiele lepiej i wraz z Eric’em Bana tworzą piękną parę. Podobało mi się to, że historia ta nie ma prostej fabuły, to, że należy się skupić by zrozumieć, do czego to wszystko zmierza. Nie przewidziałam też końca a to w mojej ocenie wielki plus. Rozmowa z matką była jak dla mnie najbardziej wzruszającą sceną filmu, ale to tylko ja 😉 Do tego brak typowo hollywoodzkich wygładzeń była dodatkowym smaczkiem. Z początku można nie zrozumieć motywów postępowania bohaterów jednakże należy im zaufać, wszak oglądamy to od tyłu 😉

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 03/07/2010 w + Obejrzane, - Dramat, - Romans, - Sci-Fi

 

Tagi: ,

9 (2009)

Powód: Do kina poszłam, dlatego że reklamowali to nazwiskiem Tim’a Burton’a. Teraz obejrzałam tak o, bo miałam ochotę :p
Diagnoza: 9 budzi się w świecie apokaliptycznym świecie przejętym przez maszyny. W około nie ma ani jednego żywego człowieka a wśród gruzów kryją się istoty mu podobne, walczące, każde na swój sposób, o przetrawanie. Zacznijmy od tego, że niesprawiedliwym było zachęcanie fanów Burtona do tego. Najprawdopodobniej cała jego praca nad tym zakończyła się wyłożeniem pieniędzy. Ale wróćmy do filmu. Jest dobry. Choć w kinie był o wiele lepszy.. Straszniejszy. Muzyka jest super, ale o czym my tu rozmawiamy, Danny Elfman maczał w tym palce 😉 Sam klimat apokaliptyczny.. ciekawy. Ale czegoś w tym wszystkim brakuje. Owszem mamy akcje i ciekawe postaci, które utożsamiają różne zachowania ludzkie w obliczu wojny/katastrofy. Ale sam film jest.. nudny? No nie wiem jak to nazwać. Po prostu niewiele się w nim dzieje, jakiś taki niezbyt emocjonujący. Może poza tym, że były w nim momenty, w których w kinie można było nieźle się przestraszyć 😉 w domu to już nie działało..
Plus: Muzyka i oczywiście powalająca grafika.. Jest na tak wysokim poziomie, że film stał się zapewne ucztą dla wszelkich fanatyków grafiki komputerowej 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 05/05/2010 w + Obejrzane, - Animacja, - Przygodowy, - Sci-Fi

 

Tagi: