RSS

Archiwum kategorii: * Przesłuchane

Eminem – The Eminem Show

01. Curtains Up
02. White America
03. Business
04. Cleanin’ Out My Closet
05. Square Dance
06. The Kiss (skit)
07. Soldier
08. Say Goodbye Hollywood
09. Drips
10. Without Me
11. Paul Rosenberg (skit)
12. Sing For The Moment
13. Superman
14. Hailie’s Song
15. Steve Berman (skit)
16. When The Music Stops
17. Say What You Say
18. ‚Till I Collapse
19. My Dad’s Gone Crazy
20. Curtains Close

Eminem jest postacią wyjątkowo barwną. Głównie przez swoją kontrowersyjność zyskuje rzesze fanów, ale i też nie można mu ująć talentu. Sam fakt, iż biały chłopak jest najlepszym raperem wzbudza kontrowersje. Jakże śmiesznie prezentował się na wszelkich rozdaniach muzycznych nagród w otoczeniu czarnych wielgarnych facetów. Ja nigdy nie słuchałam go ze względu na panującą na to modę. Faktem jest to, iż wychowałam się na czarnej muzyce, zarówno rap jak i soul (a obecnie RnB) są znacznie bliższe memu sercu niż sercu niż inne gatunki muzyczne. Hiphop jednak nie jest moją domeną, zwłaszcza ten, który płodzi się obecnie. Eminem w tym przypadku jest wyjątkiem od reguły i nie sposób w jednym zdaniu określić, dlaczego. Jestem osobą, która alergicznie reaguje na jakikolwiek przejaw braku tolerancji, co wzbudza jeszcze większe zaskoczenie w moich znajomych, kiedy słyszą, iż Eminem figuruje tak wysoko na mojej liście słuchanych wykonawców. Cóż, jest to jedna z tajemnic tego świata, z jakimi przyjdzie im żyć 😉 Przyznam, że niektóre teksty Eminema rażą mnie i to silnie, znając angielski na tyle dobrze by wiedzieć dokładnie, o czym śpiewa stawiam się na pozycji osoby, która nie może zdecydować czy go podziwia czy nienawidzi. Podziwiam go za to, co osiągnął, jak zaszedł na szczyt i niezaprzeczalną inteligencje gdyż jego teksty nigdy nie są głupie czy też pozbawione sensu. Najbardziej jednak podoba mi się ta jego cieplejsza strona, którą przejawia w nielicznych piosenkach. Uczucie, jakim darzy swoją córkę być może jest wyolbrzymione w celach marketingowych, nigdy się nie dowiemy. Mimo to jego słowa wzruszają i ciężko jest traktować niektóre z wyznań jako fikcję. Nie twierdze, że jest to dobry człowiek, który po prostu zarabia na życie. Każdy, kto wybrał kontrowersyjną ścieżkę kariery ma w sobie pierwiastek zła, wyrachowania i chęci manipulacji tymi, którzy dadzą mu swoje pieniądze i przywiązanie do jego utworzonego wizerunku. Jestem dość zdystansowana do jego twórczości i traktuje każdy z poruszających mnie utworów jak inne piosenki – wytwór wyobraźni autora. Jeśli skrywa się w nich coś z prawdy to cóż, gratulacje dla autora. Ten album jest wyjątkowo ekshibicjonistyczny. Eminem (a tak przynajmniej twierdzi) eksponuje w tych utworach swoje przemyślenia, cierpienia i przejścia życiowe. Poczynając od Cleanin’ Out My Closet, w którym to rozlicza się ze swoich słynnych już zatargów z matką.

Now I would never diss my own mama just to get recognition, take a second to listen for you
think this record is dissin’, but put yourself in my position

Jest to piosenka, która przywołuje ciarki na rękach. To, w jaki sposób śpiewa/mówi jest niesamowicie emocjonalne i ciężko jest mi uwierzyć by udawał. Jeśli tak to powinien zapisać się na aktorstwo, bo w tych utworze tkwi coś niesamowitego. Nie sposób tak po prostu słuchać go sobie i nie czuć tego, co on przekazuje nam swoją narastającą złością, ale i po części rezygnacją i pewnego rodzaju oczyszczeniem. Najbardziej wzruszający mnie utworem jest Hailie’s Song. Uwielbiam tą piosenkę i co by kto nie mówił jest to niesamowity utwór.

I act like shit don’t phase me,
Inside it drives me crazy
My insecurities could eat me alive

But then I see my baby
Suddenly I’m not crazy
It all makes sense when I look into her eyes

Można by i powiedzieć, że ciężko cieszyć się z takiego „prezentu” po latach, kiedy się już dorośnie i zrozumie jak ojciec ubliżał naszej matce w publikowanych publicznie piosenkach. Jednak to jest to, kim jest, zawsze taki już pozostanie i nie sądzę by udawanie, że jest kimś innym miało jakikolwiek sens. Jednakże świadomość, że w tak niesamowicie poruszający sposób okazuje miłość do swojej córki pozostawiając na wieczną pamiątkę to przesłanie, sprawia, iż nie sposób tak całkiem go skreślić z listy ludzi posiadających uczucia 😉 Świetnymi i również niepozostawiającymi nas obojętnymi są też utwory Sing For The Moment czy When The Music Stops.

That’s why we sing for these kids, who don’t have a thing
Except for a dream, and a fuckin’ rap magazine
Who post pin-up pictures on their walls all day long
Idolize they favorite rappers and know all their songs
Or for anyone who’s ever been through shit in their lives
Till they sit and they cry at night wishin’ they’d die
Till they throw on a rap record and they sit, and they vibe
We’re nothin’ to you but we’re the fuckin’ shit in they eyes
That’s why we seize the moment try to freeze it and own it, squeeze it and hold it

Man I hate this crap, this ain’t rap,
This is crazy the way we act
When we confuse hip-hop with real life when the music stops

Nieco weselszymi, choć obrazoburczymi i prześmiewczymi Without Me, Superman czy też nie wiedzieć, czemu moje ulubione My Dad’s Gone Crazy 😉 Większość z nich można było zobaczyć w formie teledysków, co jedynie nadawało wyrazu dowcipnej formie. Eminem obraża wielu ludzi, nie ma sensu udawać, że tak nie jest. Zapewne mnie też obraziłby wiedząc, iż podoba mi się ta jego miękka strona a razem z nim mam na liście wiele osób, które krytykował w sposób niezbyt przyjemny czy sprawiedliwy 😉 Mimo to uważam, że ta płyta jest zarówno muzycznie jak i tekstowo świetna. Jeśli ktoś nie lubi słuchać takich rzeczy to prostą receptą jest nie sięganie po hiphop, w którym normą jest nie szanowanie kobiet czy też jawne potępienie homoseksualizmu. Ja zawsze byłam otwarta na próbowanie wszystkiego i nie żałuje, że zapoznałam się z twórczością Eminema. Nie jest to facet, którego będąc nastolatką miałabym na ścianie (choć z wyglądu niczego mu nie brakuje :p) ale nie mogę zaprzeczyć, iż jest to człowiek który posiada talent. To jak go wykorzystał pozostaje kwestią jego sumienia. Ja polecam album The Eminem Show każdemu, komu odpowiadają tego typu klimaty ;).

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 14/08/2010 w * Przesłuchane

 

Tagi: ,

Nelly Furtado – Mi Plan

Za wpis dziękujemy Ann ( bo mnie namówiła 😉 )

01. Manos al Aire
02. Más
03. Mi Plan
04. Sueños
05. Bajo Otra Luz
06. Vacación
07. Suficiente Tiempo
08. Fuerte
09. Silencio
10. Como Lluvia
11. Feliz Cumpleaños
12. Fantasmas [hidden track]

Nelly Furtado wraz ze swoją najnowszą płytą skutecznie zawładnęła moim dobrym nastrojem. Jej ostatni krążek to smaczna porcja muzyki okraszona hiszpańskimi rytmami i tekstami w tym właśnie wdzięcznym języku.

Na początek muszę stwierdzić, że jedna z piosenek z tej płyty jest mega-przylepcem:)  bynajmniej dla mnie. Odkąd ją pierwszy raz przesłuchałam, nie ma dnia, żeby mój foobar, albo komórka nie zagrała mi „Vacación”. W sumie utwór odpowiada mojemu obecnemu stanowi błogiego i konstruktywnego „nicnierobienia”;) Poza tym:

„La vida debe ser feliz!”
„Życie powinno być szczęśliwe!”

W takim właśnie nastroju utrzymana jest płyta. Według mnie idealna na wakacje. I idealna, żeby podgrzać inne zimniejsze pory roku 😉
Warto zauważyć, że mamy tu nie samą Nelly. Często w piosenkach wspomagają ją hiszpańscy artyści, którzy wprowadzają jeszcze autentyczniejszy południowy klimat.
Płytę otwiera singlowe „Manos al Aire”. W tym wypadku trudno mi powiedzieć, czy wybór singla był dobry, gdyż właściwe każda piosenka według mnie nadawałaby się na reklamę całego krążka.

Najbardziej podobało mi się pewne stwierdzenie w piosence „Mi Plan”, które może być hasłem przewodnim dla całej płyty:

„Ser feliz es todo mi plan”
„Być szczęśliwym to cały mój plan”

Nie da się ukryć, że Nelly sama jest pozytywnie nastawiona do życia i zaraża tą postawą.

Słuchając tej płyty i przeglądając teksty piosenek stwierdziłam, że naprawdę mam ochotę nauczyć się języka hiszpańskiego. I to w trybie przyspieszonym🙂 Na temat spełniania marzeń panna Furtado też się wypowiedziała w piosence „Suenos” („sny”):

„Sonar es la libertad
de aquel que ha tocado el cielo
sin saber volar.”

„Marzenie jest dla każdego,
kto ma dotknąć nieba,
nieświadomy, że lata.”

Nie we wszystkich piosenkach jednak jest tak szczęśliwie. Niektóre mówią o rozstaniu i bólu, jaki pozostawia druga osoba odchodząc, jak chociażby „Silencio”, w którym to towarzyszy wokalistce niejaki Josh Groban.

Na koniec fragment tekstu „Suficiente tempo” dla wszystkich zapracowanych, których goni czas:

„Es uno de esos dias qe no pasan mas
Que en vez de 24 horas quieren 100”

„To jeden z tych dni, w którym nie możesz dać z siebie więcej
Że zamiast 24 godzin, potrzebujesz 100”

Polecam wszystkim krążek „Mi plan”. Warto się z nim zapoznać. Chyba, ze ktoś ma alergię na hiszpańskie rytmy 😉 jeśli tak, to może jednak lepiej nie sięgajcie po nią. Ja osobiście jestem zauroczona tego typu muzyką. Niezmiennie kojarzy mi się ona z letnimi upałami, radością, tańcem na plaży… tak, tak – ja i moje wizualizacje 🙂

Pamiętajcie – la vida debe ser feliz!

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 02/08/2010 w * Przesłuchane

 

Tagi: ,

Ania Dąbrowska – Ania Movie

Po ostatnim wpisie dotyczącym Adama Lamberta odezwały się głosy, iż rzekomo nie mam czego słuchać. Teraz więc zmieniam klimat o 180 stopni.

  1. Bang Bang
  2. Everybody’s Talkin’
  3. Give me your love
  4. Across 110th Street
  5. Suicide Is Painless
  6. Silent Sigh
  7. Strawberry Filelds Forever
  8. Deeper And Deeper
  9. Sound Of Silence

Płytą, która absolutnie mnie zachwyciła ostatnio jest „Ania MovieAni Dąbrowskiej. Ania sięgnęła po utwory z filmów, głownie tych, które już mają swoje lata. Jednak nie każdy będzie znał te piosenki. Są to raczej swego rodzaju perełki, które z dużym ekranem będą się kojarzyć pewnie tylko prawdziwym kinomaniakom.
Otwarciem płyty jest utwór Nancy Sinatry z filmu „Kill BillQuentina Tarantino – „Bang Bang” – i to była jedna z dwóch piosenek, o której mogłam stwierdzić, że „już to gdzieś słyszałam”. Rzeczą gustu jest już oceniać, czyja wersja jest lepsza – co zresztą odnosi się do wszystkich piosenek. Wersje Ani mimo, że wciąż utrzymane w stylu retro, wnoszą pewną świeżość i polot.
Najbardziej urzekło mnie wykonanie piosenki „Suicide Is Painless”. Ania śpiewa to tak, że aż musiałam upewnić się sprawdzając w słowniku, czy aby na pewno słowo „suicide” znaczy „samobójstwo”. Nie da się nie pokochać tego utworu. Ja się zakochałam od pierwszego usłyszenia.
Kolejną piosenką, która urzeka jest „Sound Of Silence”, która była wykorzystana aż w 5 filmach i powstało jej już wiele coverów. Jest to chyba najbardziej znany motyw muzyczny na tej płycie.
Wszystkim zainteresowanym podaję oryginalnych wykonawców utworów i filmy, z których pochodzą. Jedynie do takich informacji udało mi się dotrzeć, jeśli ktoś wie o jakimś innym wykonaniu – piszcie. Sama słuchałam wprawdzie tylko kilka oryginałów, jednak po zapoznaniu się z aranżacją Ani Dąbrowskiej nie wywarły one na mnie już aż takiego wrażenia.

Bang Bang – Nancy Sinatra („Kill Bill”)
Everybody’s Talkin’ – Fred Neil (cover Harry’ego Nilsona wykorzystany w filmie „Midnight Cowboy”)
Give me your love – Curtis Mayfield („Superfly”)
Across 110th Street – Bobby Womack („Across 110th Street”)
Suicide is Painless – Manic Street Preachers („M*A*S*H*”)
Silent Sigh – Badly Drawn Boy („About a boy”)
Strawberry Fields Forever – The Beatles (cover Bena Harpera w filmie „I am Sam”)
Deeper And Deeper – Madonna („Deep Throat”)
Sound Of Silence – Simon & Garfunkel („The Graduate”; „Bobby”; „Kingpin”; „More American Graffiti”; „Watchmen”)

Polecam gorąco płytę „Ania Movie”. Ja nie mogłam się od niej oderwać i słuchałam jej po kilka razy pod rząd (ze wskazaniem na utwór nr 5 ;)) Zachwyca głos Ani – ciepły i miękki. Zachwycają aranżacje w stylu retro. I przede wszystkim zaskakuje dobór utworów. Krążek jest jedyny w swoim rodzaju.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 22/07/2010 w * Przesłuchane

 

Tagi: ,

Adam Lambert – For Your Entertainment

Szukacie czegoś na gorące wakacyjne imprezy? Grillowanie z przyjaciółmi? A może potrzebujecie kopa do jazdy z rozwianymi włosami waszym nowym kabrioletem? Proszę bardzo!

  1. Music Again
  2. For Your Entertainment
  3. Whataya Want From Me
  4. Strut
  5. Soaked
  6. Sure Fire Winners
  7. A Loaded Smile
  8. If I Had You
  9. Pick U Up
  10. Fever
  11. Sleepwalker

Płyta na dziś to „For Your Entertainment” Adama Lamberta. Wokalista ów znany jest z zajęcia 2 miejsca w ósmej edycji programu American Idol w 2009. Jego płyta jest odpowiedzią na zapotrzebowanie komercyjnego rynku. Mamy do dyspozycji charyzmatycznego i charakterystycznego wykonawcę. Zwraca on uwagę wysoką skalą głosu i wyglądem chłopca, który dorastał w kobiecym otoczeniu (rodem z „Seksmisji”. Mam wrażenie, że wprawniej posługuje się eyelinerem niż niejedna pani). Ale nie o wyglądzie będziemy mówić, bo to jego prywatna sprawa, a o muzyce.

Płytę otwiera piosenka z iście rockowym powerem „Music again”. Falsety, jakie możemy tu usłyszeć niezmiennie kojarzą mi się z Freddie’m Mercurym. Tak, pewnie w tym momencie fani Queen zrzeszają się i piszą poradnik „Jak unicestwić recenzentkę w 10 minut”. No coż, to tylko moje luźne skojarzenie 😉

Kolejna piosenka „For your entertainment” to przesycona elektroniką muzyka okraszona głosem ‘typowego’ XXI-wiecznego chłopaka z pomalowanymi na czarno oczami, paznokciami i długą grzywką. Do tego nowoczesnego kociołka możemy dorzucić jeszcze wyzywający tekst i hit nastoletnich imprez gotowy:

„Oh, do you know what you got into?
Can you handle what I’m about to do?
Cause it’s about get rough for you
I’m here for your entertainment”

Weźmy teraz na tapetę singlowe i zdobywające szturmem listy przebojów „Whataya want from me”. Utwór jest prosty w odbiorze, ale ma swego rodzaju rockowy pazur. Dodatkowym plusem jest tekst, przy którym pewnie niejednej pani zmiękłyby kolana, gdyby takowy usłyszała z ust swojego mężczyzny:

„(…) baby, you’re beautiful
And it’s nothing wrong with you

It’s me – I’m a freak
But thank’s for lovin’ me
Cause you’re doing it perfectly”

Płyta oczywiście składa się głównie z piosenek, które sprawiają, że nogi same rwą się na parkiet. Utwory Lamberta z pewnością są dla osób, które lubią się bawić, ale niekoniecznie przy techno/trance, kiedy to żołądek przykleja się do kręgosłupa od zbyt dużej dawki decybeli. Tu mamy chwytliwe melodie i lekko zadziorny głos wokalisty – tego mu nie można odmówić.

Przeciwwagą dla rytmicznych i porywających kawałków może być „Soaked”. Balladowy nastrój tej piosenki idealnie pasuje do sobotniej popołudniowej audycji radiowej między Lady GaGę a Rihannę. Chętnie posłuchałabym tego utworu w wykonaniu na żywo, żeby przekonać się, czy Adam bez studyjnej oprawy potrafi równie dobrze śpiewać. Jednak mam nadzieję, że tak wysoka lokata w American Idol o czymś świadczy.

Kolejne dwie piosenki, choć zupełnie różne, nie przypadły mi do gustu, kiedy się na nich skupiłam. „Sure fire winners” jest bardzo krzykliwe, co przeszkadza mi w odbiorze. Cóż, może nie o odbiór tu chodzi, a o dobrą zabawę. Kolejna piosenka „A loaded smile” choć spokojniejsza, w tym spokoju jest zbyt przymilna, jeśli można to tak określić. Odniosłam wrażenie, że mamy tu mix wszelkich radiowych chwytów z dziedziny „nagrajmy hit”.

Piosenka „If I had you” początkiem tekstu zdecydowanie mnie osłabiła i bałam się słuchać tego dalej:

„So I got my boots on, got the right ‘mount of leather
And I’m doing me up with black color liner
And I’m workin’ my strut (…)”

Na szczęście Lambert nadrabia dalej wyznaniem:

„But if I had you, that would be the only thing that I would ever need
Yeah, if I had you, then money, fame and fortune never could compete”

Muzycznie ta piosenka porywa. Do tańca oczywiście i zabawy.

Na płycie pojawia się też utwór napisany przez Lady Gagę. Mowa tu o „Fever”. Zgodnie z tytułem – utwór nadaje się w sam środek rozgorączkowanej imprezy.

Na koniec można odczuć zwyżkę formy. Mowa tu o „Sleepwalker” ze zdecydowanie głębszym emocjonalnie tekstem. Nikt tu już nie jest „for our entertainment”, ale:

„I can’t turn this around
I keep running into walls that I can’t break down
I said I just wander around
With my eyes wide shut because of you
I’m a sleepwalker”

Rozwiązeniem zagadki, skąd taka zmiana jest odpowiedź – w piosence maczał palce Ryan Tedder z OneRepublic. On też śpiewa tu razem z Adamem.

Podsumowując – mamy płytę stworzoną do zabawy, niekoniecznie do słuchania. Ciężko przy niej usiedzieć. Natomiast na parkiet jest ona idealna. Niezbyt skomplikowana, ale nie prymitywna i ogłupiająca. Można nucić pod nosem, można śpiewać na głos.

O ile komuś uda się osiągnąć wokalny pułap górnego C Adama 😉

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 05/07/2010 w * Przesłuchane

 

Tagi: ,

White Apple Tree – Velvet Mustache

Słów kilka od Ann: Po raz kolejny udało mi się przymusić eevee do napisania recenzji ;D Ja niestety za bardzo skupiłam się na reszcie by jeszcze brać na siebie ten dział, ale wkrótce mam zamiar zabrać się do roboty i opisać zaległe rzeczy. Do tego czasu jednak polecam przeczytanie poniższej recenzji gdyż ja po tą płytę nie sięgnęłam także tym bardziej dziękuje eevee za podzielenie się z nami jej opinią 🙂

01. Youth
02. Clarity
03. Broken Bones
04. Rakehead
05. Mr. Sanity
06. Sleep
07. Break it to me
08. Snowflakes
09. As seen on TV
10. Perfection Reflection
11. Bombs
12. Outro

To znów ja! Tym razem ze świeżynką 🙂

Dziś mam dla zacnych Czytaczy tego bloga płytę zespołu White Apple Tree – „Velvet Mustache”. Próżno szukać na polskich stronach informacji o tym zespole, który znany jest pewnie jedynie fanom soundtracku „Gossip Girl” albo amatorom tanecznych składanek, gdyż na jednej takowej znalazła się jedna piosenka WAT – „Snowflakes”. Muszę przyznać, że ten utwór ma w sobie coś. Od pół roku mam go ustawiony jako dzwonek w telefonie, a to mój prywatny rekord 😉

Płyta „Velvet Mustache” jest pierwszym pełnym krążkiem grupy. Wcześniej wydana była EP „Taste the Celebration”. Na płycie panuje jakiś taki chłodny klimat. Mam wrażenie, że słuchanie jej w upalne dni działa tak, jak gazowana woda mineralna z kostkami lodu. Pierwsza piosenka „Youth” przywodzi mi na myśl zespół Muse. Myślę, że można doszukać się analogii jeśli chodzi o brzmienie. Zespół Muse poszedł jednak ostatecznie w stronę rocka, natomiast chłopaki z WAT stawiają raczej na elektronikę w połączeniu z tak modnym ostatnio Indie.

Jeśli chodzi o ogólne wrażenie, to przyjemnie się tego wszystkiego razem słucha. Tworzy to jakąś całość. Czasem jednak wsłuchując się w poszczególne utwory myślę sobie, że zahacza to o naiwność. Panoszy się gdzieś tam taka oczywistość. Zwłaszcza jeśli idzie o wokalizy i wysokie dźwięki, które z zasady mają chyba zdobić, a bywa, że jednak trochę przeszkadzają.

Muszę przyznać, że najjaśniejszym punktem całej płyty jest jednak piosenka „Snowflakes”. Może to kwestia tego, że słuchałam jej całe mnóstwo razy i słyszę za każdym razem, kiedy tylko ktoś do mnie dzwoni, a może mojego sentymentu do brzmienia pianina. Bo w utworze tym mamy aranż na pianino/fortepian. No i do tego rozczulające słowa:

Thought I know not where I step
I follow you until the death

Kolejna piosenka „As seen on TV” zaczyna się agresywnym uderzeniem elektroniki, przywodzącym mi zaraz na myśl utwory grupy 3OH!3. Jednak dalsze słuchanie zmienia całkowicie punkt widzenia, gdyż wokalista ‘Białej Jabłonki’ ( 🙂 ) ma bardzo delikatny głos, który współgra z muzyką i jest razem z nią, w przeciwieństwie do 3OH!3, gdzie silny wokal jest gdzieś ponad muzyką.

Na płycie nie brak też utworu, który kojarzy się wręcz z brazylijskim karnawałem w Rio. Mowa tu o „Break it to me”. Szkoda tylko, że ten klimat najlepiej utrzymuje się wtedy, kiedy wokalista nie ma nic do powiedzenia. Muzycznie ten kawałek odpowie z pewnością niejednemu miłośnikowi latynoskiej aury.

Płytę zamyka „Outro”, które według mnie jest zakończeniem idealnym. Instrumentalny, spokojny utwór, niknący w ciszy tak, że nawet nie wiemy kiedy się on kończy.

Mimo tych kilku zgrzytów, o których wspomniałam gorąco polecam tą płytę na upalne dni. (i na te mniej upalne zresztą też). Mam nadzieję, że jeszcze usłyszymy o tym zespole. Polecam zajrzenie na facebooka i ich oficjalną stronę internetową – ciekawe zdjęcia, darmowe utwory, teksty…

Posłuchajcie i podajcie dalej 🙂
eevee

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 05/07/2010 w * Przesłuchane

 

Tagi: ,

Michael Bublé – Michael Bublé

Słów kilka od Ann: Znów mam przyjemność zamieścić recenzje eevee 🙂 Dziś jednak z braku wolnego czasu nie moge zaprezentować nic więcej. Tym bardziej polecam uważne przeczytanie tekstu poniżej, warto 🙂

01. Fever
02. Moondance
03. Kissing a fool
04. For once in my life
05. How can you mend a broken heart
06. Summer wind
07. You’ll never find another love like mine
08. Crazy Little thing called love
09. Put your head on my shoulder
10. Sway
11. The way you look tonight
12. Come fly with me
13. That’s all

Z natury jestem romantyczką. Tak mi się wydaję. Wprawdzie czasem ten mój romantyzm bywa cyniczny. Cóż, w końcu ktoś mądry powiedział, że „cynizm jest udaną próbą zobaczenia świata, jakim on jest w rzeczywistości”. Ale nie o cynizmie chciałam tu mówić, a o muzyce.

Na pewno każdy ma swoje piosenki, które wprawiają go w określony nastrój, albo przywodzą na myśl jakieś skojarzenia. Ja właśnie słucham Michaela Buble. Stąd ten wpis. W moim umyśle otworzyła się jakaś skrzynia z napisem „powrót do przeszłości” (której tak naprawdę nigdy na własnej skórze nie poznałam). Kiedy go słucham, mam wrażenie, że nie pasuje do tych czasów, w których się znalazłam. Wolałabym chyba nosić piękne suknie, jeździć na dancingi starymi samochodami i jeszcze żeby mężczyzna otwierał szarmancko przede mną drzwi i podawał mi rękę, kiedy będę wysiadać…

Tak wiem, mogę sobie tylko pomarzyć. Ale to wszystko przez tą muzykę. Po prostu, kiedy Michael śpiewa te stare piosenki swoim miękkim głosem… to aż widzę tą przyciemnioną salę, jego w eleganckim garniturze trzymającym taki starodawny mikrofon z wlokącym się za nim kablem i te kilka par, które na parkiecie tańczą w rytm eleganckiego walca angielskiego. Ah i oh… 🙂
I nie mówię tu tylko o sztandarowym utworze Buble „Sway”, (który jak dla mnie brzmi jeszcze lepiej niż oryginał Deana Martina) bo chociaż ten zawsze przyprawia mnie o chęć wstania, gdziekolwiek bym nie była i ruszenia do tańca. Ale posłuchajmy chociażby coveru piosenki Paula AnkiPut your head on my shoulder”. Aż chciałoby się mieć kogoś obok, żeby wypełnić prośbę zawartą w tytule. Cóż, chyba jeśli miałabym kiedyś zająć się organizacją romantycznych schadzek, to tło pewnie stanowiłby głos Michaela.

Bardzo lubię, po pierwsze samą barwę głosu Buble’a, po drugie to jego „ślizganie się” głosem po dźwiękach, jeśli można to tak nazwać, te swobodne wędrówki po dźwiękach, bez gwałtownych skoków. Michael w swoim smooth-jazzowym klimacie staje się pomostem między epoką Franka Sinatry, Deana Martina i innych dżentelmenów, a światem, w którym niestety o kobiecie śpiewa się często już nie „Lady in red” a „hey, sexy bitch”. Na szczęście (podobno) są jeszcze mężczyźni, którzy wstają od stołu, kiedy wstaje kobieta, którzy przepuszczają je w drzwiach i zachowują te wszystkie inne staroświeckie zasady. Buble idealnie pasuje do tego eleganckiego savoir-vivre’u.

Muzyka na długie, ciemne wieczory, lub krótkie letnie noce (rozświetlone blaskiem księżyca – taka mała aluzja do „Moondance” ;P). Do słuchania solo w celu pomarzenia, albo w duecie – w tym samym celu. W końcu kto powiedział, że nie można marzyć we dwoje;)

So…
When marimba rythms start to play
Dance with me
Sway with me…

eevee

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 28/05/2010 w * Przesłuchane

 

Tagi:

Duffy – Rockferry

Słów kilka od Ann: Dziś przekazuje klawiaturę mojej drogiej kuzynce, która przedstawia głos niewiele młodszego, ale mniej cynicznego pokolenia 😉 Nasze gusta muzyczne niewiele się różnią i w pełni zgadzam się z tym, co poleca 🙂 Dlatego też mam nadzieje, że da się namówić na więcej opisów, trzymajmy kciuki 😉

01. Rockferry
02. Warwick Avenue
03. Serious
04. Stepping Stone
05. Syrup & Honey
06. Hanging On Too Long
07. Mercy
08. Delayed Devotion
09. I’m Scared
10. Distant Dreamer

Podciągam już rękawy i zacieram dłonie, żeby zadebiutować jako krytyk muzyczny;)

Na pierwszy ogień chciałabym podzielić się wrażeniami po przesłuchaniu płyty „Rockferry” Duffy. Wiele osób zapewne kojarzy ją z radiowym hitem „Mercy”. Właściwie nie wiem, co skłoniło mnie do przesłuchania całej płyty, bo samo „Mercy” (przy którym świetnie bawiłam się na studniówce – ale to raczej kwestia towarzystwa, nie oprawy muzycznej) na początku wcale mnie nie porwało. Na szczęście miałam wyczucie. Płyta jest według mnie ciepła i sympatyczna, mimo że teksty są raczej nostalgiczne i melancholijne. Jednak retro klimat i charakterystyczny głos Duffy (choć komuś może kojarzyć się ze skrzeczeniem żaby, tudzież nienaoliwionymi drzwiami) sprawia, że nie potrafię się nie uśmiechać słuchając „Rockferry
Słowa z pierwszej tytułowej piosenki mogą stanowić posumowanie dla całego albumu:

There’s no sleep on the journey
away from time
A bag of songs and a heavy heart
won’t make me down

Bardziej nostalgiczny nastrój wprowadza piosenka „Stepping Stone” – niespełniona i nieujawniona miłość w tekście okraszona melancholijnymi dźwiękami. Cóż, miłość to temat rzeka – baaa, a nawet całe morze i ocean, albo jeszcze więcej. Mogę dodać, że ponoć tekst piosenki jest autobiograficzny.
Najbardziej znany singiel „Mercy” wyróżnia się na tle całej płyty – jest najbardziej energetyczny i tak naprawdę – dla mnie – jest to jedna z takich piosenek, które się zaczyna doceniać dopiero od któregoś odsłuchania. Potem mamy gwarantowany stan „muzycznego przylepca”.

Mercy, why won’t you realise me?
I’m begging you for mercy
why won’t you release me?

Zdecydowanie moją ulubioną piosenką na całej płycie jest zamykający ją utwór „Distant Dreamer”. Za każdym razem, kiedy pojawia się ona na mojej playliście, z uporem maniaka ją zapętlam. Nie wiem, co wprowadza mnie w taki nastrój – swego rodzaju podniosłości, kiedy to słyszę. Może to, że w utworze pojawia się cała gama instrumentów muzycznych – słychać tam skrzypce, saksofon… Głos Duffy jest już tu bardziej delikatny – zresztą jak inaczej można śpiewać o marzeniach?

I’m thinking about,
all the things,
I’d like to do in my life.

I’m a dreamer,
a distant dreamer,
dreaming for hope, from today.

Ta ostatnia piosenka przynosi nadzieję – nie da się ukryć. Na całej płycie gości raczej klimat niespełnionej miłości, samotności. Mimo to, jest w tym czar, jakieś ciepło, które nie pozwala się nie uśmiechnąć przy słuchaniu jej. Bo jak tu się nie uśmiechnąć przy słowach:

Don’t you be wastin’ all your money
on syrup and honey because I’m sweet enough

Wprawdzie głos Duffy nie każdemu pewnie przypadł/przypadnie do gustu, bo jest dość specyficzny. Niektórych może drażnić ten powtarzający się motyw miłosnych rozczarowań, rozstania, próśb o zostanie… a mnie tam się podoba 😉

Jako ciekawostkę mogę dorzucić, że po utwór młodej Walijskiej wokalistki sięgnęła nawet Britney Spears. Nie pałam do tej pani specjalną sympatią i nie słyszałam jej wykonania piosenki „I’m scared”, ale po przeczytaniu tej informacji, chyba nastał czas na przekopanie Internetu, celem znalezienia tego nagrania.

Jak już wiadomo w połowie tego roku ma pojawić się druga płyta Duffy ponoć utrzymana w stylistyce lat 60-tych. Czekam więc na nią z niecierpliwością, z nadzieją, że się nie zawiodę.

eevee

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 26/05/2010 w * Przesłuchane

 

Tagi: