RSS

Burlesque (2010)

Powód: Lubię wokal Aguilery i Cher a do tego klimat burleski.
Opis: Ali, dziewczyna z małego miasteczka rzuca prace i wyrusza w poszukiwaniu kariery. Po wielu niepowodzeniach trafia do klubu The Burlesque Lounge. Oczarowana magią starego, podupadającego teatru, pięknych strojów i seksownych układów, marzy o wystąpieniu na scenie. Zdeterminowana zatrudnia się jako kelnerka ze wszystkich sił próbując przekonać właścicielkę teatru Tess do swoich umiejętności. Kiedy w końcu udaje jej się dostać szanse jako tancerka, w wyniku złośliwego dowcipu jej konkurentki ujawnia swoje niezwykłe umiejętności wokalne…
Diagnoza: Miałam bardzo mieszane uczucia oceniając ten film. Z jednej strony chciałabym dać mu wysoką ocenę za muzykę i klimat z drugiej jednak film jest płaski jak deska i przewidywalny do bólu. O aktorstwie też ciężko powiedzieć chociażby jedno dobre słowo. Jednak nie oceniajmy książki po okładce. Wszak nie spodziewałam się powalającego dzieła, ale liczyłam na dobry musical i to też dostałam. Dodatkowo, jeśli ktoś tak jak ja przepada za klimatycznie magicznym światem burleski, film jest jak najbardziej wart polecenia. Ot dwie godziny spędzone na słuchaniu dobrej muzyki i cieszeniu oczu pięknymi dziewczętami wyginającymi śmiało ciało 😉 Smutnym faktem stało się moje pogodzenie z tym, iż żaden film nie jest w stanie zadowolić mnie na wszystkich płaszczyznach. Jednakże przewidywalność i bezpłciowość tego filmu nie męczy aż tak bardzo jak innych produkcji. Mówię jednak za siebie gdyż zaznaczam, lubię wokale głównych bohaterek. W szczególności wokal Aguilery zasługuje na wielkie oklaski uznania. Kawałek Bound to You oczarowuje zaś You Haven’t Seen the Last of Me w wykonaniu Cher wzrusza do gęsiej skórki. Cóż mogę dodać więcej. Obejrzyjcie, jeśli lubicie ten klimat. Film ma w sobie coś, co zachęca do obejrzenia go do końca, choć od pierwszych dwudziestu minut sami moglibyśmy napisać jego scenariusz 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 25/03/2011 w + Obejrzane, - Melodramat, - Musical

 

Tagi: ,

Red (2010)

Powód: Obsada, chociaż głównie Bruce Willis.
Opis: Bycie emerytowanym agentem specjalnym CIA bywa ciężkostrawne. Kiedy już wyszkolą takiego na niezniszczalnego i wiedzącego o największych narodowych spiskach, staje się potencjalnym kandydatem do likwidacji. Grupa przyjaciół odbywająca swój jakże zasłużony emerytalny odpoczynek, zostaje wrobiona w zamach, przez co stają przed jedyną możliwą opcją reaktywacji starego zespołu by z wzajemną pomocą ujść z życiem. Chcąc dotrzeć do prawdy podejmują się karkołomnej misji możliwej do wykonania jedynie dla najlepszych z najlepszych.
Diagnoza: Pamiętam, iż był to początek naszego związku, kiedy to mój mężczyzna chciał wybrać się do kina na Piranie 3D. O gustach się nie dyskutuje i przyznam, że też byłam ciekawa tego filmu a może raczej chciałam się trochę poprzytulać w momencie strachu 😉 Jednakże będąc w kinie uznaliśmy, że pójdziemy na coś innego, nie zupełnie pamiętam, dlaczego. Ja w ramach wypowiadania swojego zdania rzuciłam, iż chętnie poszłabym na film z Brucem a że taki właśnie leciał to na niego poszliśmy. Nie mogę powiedzieć, że były to stracone pieniądze, bo nie było aż tak tragicznie, ale biorąc pod uwagę tak dobrą obsadę dziwi mnie doprawdy niski poziom tego filmu. Owszem, zaśmiałam się kilka razy nie ukrywam. Sam pomysł też niczego sobie i co tu dużo mówić gra aktorska bardzo dobra. Jednakże nie ratuje całości i to najbardziej smuci. Momentami było nudno, pamiętam, że nawet miałam kryzys, kiedy to już prawie usypiałam na ramieniu mojego mężczyzny. Generalnie nie żałuje, że wybraliśmy się na to, jeśli alternatywą była Pirania 3D. Niestety ciężko jest mi ten film polecić potencjalnemu widzowi. Dlatego też ujmę to dyplomatycznie i powiem, że jeśli jesteście fanami kogoś z obsady, a jest to obsada z najwyższej półki (Bruce Willis, Morgan Freeman, John Malkovich i Helen Mirren), obejrzyjcie od tak żeby czymś wypełnić czas. Jeśli zaś oczekujecie czegoś wyjątkowo wybitnego i śmiesznego, zwyczajnie omińcie tą pozycje. Ja osobiście płakałam ze śmiechu przy akcji z pluszową świnką 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 08/03/2011 w + Obejrzane, - Akcja, - Komedia

 

Tagi:

Clash of the Titans (2010)

Powód: Mój mężczyzna pałał wielką chęcią obejrzenia czegoś w tym klimacie a ja jak na dobrą żonę przystało spełniam jego pragnienia również na płaszczyźnie filmowej 😉
Opis: Perseusz, syn Zeusa i śmiertelnej kobiety, dorasta w rybackiej rodzinie nie mając pojęcia o swym pochodzeniu. Kiedy nie jest w stanie uratować swych bliskich przed mściwym Hadesem, nie mając nic do stracenia zgłasza się na ochotnika w wyprawie mającej na celu obalenie boga umarłych zanim ten odbierze moc swemu bratu Zeusowi i sprowadzi zagładę na całą ludzkość.
Diagnoza: Pamiętam, że film ten był mocno reklamowany, jako powalająco rewelacyjny. Nie wybierałam się na niego do kina, ale zaznaczyłam, jako ten, na który warto poczekać, kiedy wyjdzie już na dvd. Cóż, nie warto było, jeśli mam być brutalnie szczera, czyli taka, jaka generalnie jestem. Pomijając całkiem przyjemne dla oka efekty komputerowe film jest nudny, płytki, smętny i zwyczajnie nie na poziomie. Oglądałam wiele produkcji nawiązujących do mitologii i ze smutkiem musze stwierdzić, że im starsze tym lepsze. Przy nowej technologii chciałoby się wreszcie zobaczyć coś wykonanego efektownie i z sensem, ale o to drugie jest naprawdę ciężko. Powiedzenie, iż film jest przewidywalny wydać się może pozbawione sensu gdyż, jeśli znamy mitologię to i tak znamy zakończenie 😉 jednakże jest on przewidywalny w sensie kolejnych scen czy nawet dialogów. A to po parunastu minutach sprawia, że zwyczajnie chce nam się spać. Sam Worthington nie popisał się aktorstwem utrzymując ten sam wyraz twarzy przez cały film. To samo musze ze smutkiem powiedzieć o Ralph’ie Fiennes’ie i Liam’ie Neeson’ie których osobiście lubię i no cóż, najwyraźniej tak miała ich ekspresja wyglądać. Generalnie wieczór nie był stracony, bo razem z moim misiem pośmialiśmy się z kilku nie nadających się do zacytowania tutaj komentarzy 😉 Jak dodać do tego bardzo przyjemnie spędzony czas podczas naciśniętej pauzy, można by wręcz uznąć iż humor mieliśmy bardzo dobry 😉 Nasyciliśmy również oko udanymi efektami przy pojawianiu się Hadesa i postacią Meduzy. Postać Krakena zwyczajnie mnie rozbawiła i nie obraź się kochanie, ale ja już wolałam żeby były same macki 😉 Poza tym nie ma w tej produkcji zupełnie nic, czym mogłabym zachęcić do sięgnięcia po nią. Paradoksalnie niektóre odcinki serialowego Herkulesa były o wiele bardziej wciągające. Wniosek – nie oglądajcie, zwyczajnie nie warto.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 04/03/2011 w + Obejrzane, - Fantasy, - Przygodowy

 

Tagi: ,

Wolfman, The (2010)

Powód: Obsada.
Opis: Lawrence Talbot powraca do rodzinnego domu w Wielkiej Brytanii na prośbę narzeczonej swego brata. Chcąc pomóc w odnalezieniu zaginionego brata na miejscu dowiaduje się, iż zginął w makabrycznych okolicznościach. Chęć poznania prawdy prowadzi Lawrence’a prosto w szpony bestii…
Diagnoza: Jeśli nie wie się, od czego zacząć to najlepiej zacząć od końca. Dlatego też postanowiłam opisać ostatnio obejrzany przez nas w starym mieszkaniu film, który to miał rozgrzać atmosferę mroźnego wieczoru. Ponoć horrory świetnie nadają się na randki – dziewczyna przestraszona wtula się w ramiona swojego mężczyzny. Cóż, wtulać się wtulałam, ale nie miał na to wpływu klimat filmu. Do tego mój mężczyzna najzwyczajniej zasnął tuż przed końcem, czemu nie można się dziwić a co w pełni streszcza moją recenzje. Doszły mnie uprzednio słuchy, iż film ten nie jest najlepszy, ale ja uparte stworzenie wszystkiego musze skosztować sama, aby poddać ocenie nawet tej najsurowszej. Wnioski wyciągnięte – film nie jest w ogóle straszny a efekty do najlepszych nie należą. Gdyby nie ratująca całość obsada uznałabym go za kompletne nieporozumienie. Sam tytułowy wilkołak prezentuje się niczym włochata postać z kreskówki, co raczej nie zachęca do okrzyków strachu a wręcz salw śmiechu bądź w moim przypadku zrezygnowanego pokręcenia głową. Wszelkie krwawe sceny są mocno na siłę i brak w nich grozy czy chodźmy lekkiego dreszczu. Generalnie brak tu jakiegokolwiek napięcia, które wywołałoby strach u widza, choć mogę się mylić, ale należałoby zaznaczyć, iż jestem osobą, która boi się horrorów. Ciężko jest mi wymyślić powód, dla którego warto byłoby po ten film sięgnąć. W moim przypadku zaważyła obecność Anthony’ego Hopkins’a, Benicio Del Toro i Emily Blunt. Jednak sama obsada nie jest w stanie uratować w pełni produkcji. Film płytki, przewidywalny i nieszczególnie wykonany. Brakuje mu płynnej spójności, przez co bywa męczący. Gdyby ktoś zapytał mnie czy warto iść do kina powiedziałabym jasno – nie warto. Jeśli natomiast załapiecie się na ten produkt na HBO to cóż, obejrzeć można, ale nie należy spodziewać się po nim zbyt wiele.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 04/03/2011 w + Obejrzane, - Horror

 

Tagi: ,

King’s Speech, The (2010)

Powód: Obsada.
Opis: Głos króla jest głosem ludu. Po abdykacji swego brata Edwarda VIII, Książe Albert zasiada na tronie Anglii jako Jerzy VI. Mimo wszelkich oporów związanych z ciężarem obowiązków i odpowiedzialnością to właśnie jego głos staje się największym mankamentem monarchy. Pomimo wielu prób najwybitniejszych specjalistów Książe Albert poddaje się wierząc, iż jego jąkanie się jest nieuleczalną cechą, z jaką przyszło mu żyć. Jednakże stając przed wizją inwazji hitlerowskiej i w związku z tym obowiązków na nim spoczywających jako król i głos swego ludu, decyduje się na skorzystanie z pomocy dość nieortodoksyjnego australijskiego specjalisty leczącego wady wymowy.
Diagnoza: Moja prywatna zasada głosi, iż nie oglądam filmów oscarowych. Z tym filmem było nieco inaczej. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam, iż jest w ogóle kręcony, sama obecność Colin’a Firth’a (prywatnej miłości mojej mamy ;D) i Heleny Bonham Carter wystarczyła bym była zainteresowana. Później, spójrzmy prawdzie w oczy, nie miałam czasu na śledzenie realizacji ani czytanie recenzji. Jedyne, co rzucało mi się czasem na moje piwne ślepia to citylight głoszące, iż film jest świetny i wart obejrzenia. Później były to już plakaty głoszące o nominacjach do Oscarów, ale nie miało to dla mnie wielkiego znaczenia, bo powód by obejrzeć ten film pozostawał bez zmian. W końcu mój kochany mężczyzna podjął tą jakże trudną do zrealizowania w tygodniu pracy decyzję i zabrał mnie do kina. Śmiało mogę stwierdzić, iż był to najlepszy film, jaki widziałam przez ostatni półtora roku a już na pewno najlepszy, na jakim byłam ostatnimi czasy w kinie. Choć pomysł wydaje się prosty niczym kij od wyjątkowo prostej szczotki i sama realizacja nie powala na kolana przepychem, jest coś pięknego w tej prostocie. Zarówno muzyka jak i czystość obrazów zaczarowuje i sprawia, iż nawet nie gadałam na filmie a to już wielkie osiągnięcie. (co więcej pozdrawiam panią z siedzenia obok mojego misia, brakowało pani tylko papuci i kubka kawy w ręce – kino to nie taki duży telewizor z masą obcych ludzi, dookoła którym można przeszkadzać) Gra aktorska zasługuje na peany, których zwyczajnie nie chce mi się pisać ot choćby, dlatego iż warto zobaczyć to samemu. Cała trójka, Colin, Helena i Geoffrey Rush zasługują na olbrzymie oklaski, przy czym największe dla tego pierwszego. W pełni zasłużony Oscar, choć jak dla mnie to tylko kawałek metalu, który często nie przekłada się na to czy ktoś zasłużył na zaszczytny tytuł Najlepszego aktora czy też nie. Wracając jednak do samego filmu nie ma sensu za bardzo się nad tym rozwodzić gdyż trzeba go zwyczajnie samemu zobaczyć. Być może użyto w nim trudnej angielszczyzny, która odstraszy potencjalnych fanów amerykańskiej szmiry, ale dla dojrzałego widza nie powinno to stanowić problemu. Film dojrzały, momentami poruszający i zabawny. Wszystko w doskonale dobranych dawkach, co sprawia, że nawet przez chwile nie poddałam się znudzeniu. Polecam i jeszcze raz polecam. Ot potwierdzenie teorii, iż zasady należy łamać 😉

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 02/03/2011 w + Obejrzane, - Biograficzny, - Dramat historyczny

 

Tagi: ,

How to Train Your Dragon (2010)

Powód: Pierwotnie miałam ochotę na usłyszenie głosu Gerarda Butlera jednakże w ostateczności obejrzałam wersje z lektorem by mój zmęczony po pracy mężczyzna nie musiał męczyć sobie oczu napisami 😉
Opis: Jak świat światem czarna owca w stadzie zawsze się znajdzie. Czkawka, syn walecznego wodza wikingów zupełnie nie przypomina swojego ojca. Żyjąc na wyspie, na której chlebem powszednim jest walka ze smokami, wypadałoby przynajmniej wykazać umiejętności gwarantujące przetrwanie. Jednakże Czkawka pomijając całą jego niezdarność jest po prostu inny. Choć bardzo stara się sprostać oczekiwaniom ojca i całego plemienia, kiedy staje oko w oko ze smokiem odkrywa, iż jego młodzieńcze aspiracje podążały w zgoła niewłaściwym kierunku…
Diagnoza: Ponoć trzeba całej wioski by wychować dziecko. W tej bajce potrzeba jednego dziecka by okiełznać smoka. Niby prosta bajka o równie prostym przesłani a jednak ma w sobie to coś, dla czego warto poświęcić jej czas. Męczące staje się tak zwane „podłapywanie” pomysłów przez twórców bajek. Kiedy spodobał się humor ze Shreka wszystkie bajki musiały mieć humor z podziałem na widzów dorosłych i ich potomstwo. Niby pomysł szczytny jednakże odgrzewany kilka razy kotlet nie smakuje już tak samo. Dlatego też kopiowane przez twórców bajek pomysły zaczynały powoli działać na nerwy. Bajeczki te różniły się, co najwyżej rasą zwierzątek i umiejscowaniem w czasie i przestrzeni. How to train your dragon jest inne i to sprawiło, że wystawiłam mu dość wysoką jak na moje standardy ocenę. Humor nie jest na siłę a przesłanie, choć szablonowe, pokazane jest w zgoła inny sposób niż do tej pory. Do tego nie da się ukryć, iż sama postać smoka oczarowuje i aż chciałoby się mieć takiego w domu 😉 Na największy plus w moich oczach zasługuje brutalna realność relacji między bohaterami (np. ojciec vs. syn) czy też sama końcówka. Jednym słowem – polecam. Film jak najbardziej nadający się dla naszych najmłodszych, ale i dorosły widz nie będzie się nudził.

 
 

Tagi: ,

:)

W życiu każdego pisarza nadchodzi moment kryzysu, kiedy to nie znajduje czasu na jakże przyjemne zajęcie, jakim jest pisanie, albo po prostu nie ma ku temu chęci czy też jak to nazywają – weny. W moim przypadku ciężko określić, co zaważyło nad losem tejże strony, ale bliżej mi znane osoby, które mnie tu odwiedzają wiedzą, że w moim życiu zaszło sporo zmian. Nowy mężczyzna (ten najlepszy :*), nowe mieszkanie, nowa praca.. nowe życie, od początku, od zera. Powstanie z popiołów przypisywane jest jedynie feniksowi, ale mogę śmiało powiedzieć, iż mi również udało się to osiągnąć przy znacznej pomocy ze strony tej lepszej połówki 🙂 Co nie zmienia faktu, że zmiany te doprowadziły do zawieszenia mojego artystycznego rozwoju 😉 Fakt, wybraliśmy się kilkakrotnie do kina a wieczorami kiedy to mróz szalał na dworze obejrzeliśmy kilka filmów. Nie mogę tego niestety powiedzieć o muzyce czy też książkach, na które czasu już nie wystarczyło, ale to z tego względu, iż wolałam czas wolny spędzić z moim mężczyzną 🙂 Jednakże po brutalnym nacisku ze strony przyjaciół (:P) postanowiłam wyłuskać odrobinę czasu na pisanie tutaj, choć oczywiście nie w takich ilościach jak poprzednio. A więc miłego obcowania z moimi przemyśleniami i pozdrawiam serdecznie tych, którzy uparcie włączali tą stronę w nadziei na zobaczenie nowej notki 🙂

 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 31/01/2011 w Uncategorized